czwartek, 17 sierpnia 2017

WAKACJE

Rozejrzałam się i odkryłam, że wakacje już właściwie za nami. Za dwa tygodnie dzieciaki wracają do żłobka i do przedszkola. Lipiec minął nam na wyjeździe do Grecji, potem świętowaliśmy drugie urodziny Tymka,  następnie Blanka trafiła na półkolonie dla fajnej pracowni artystycznej, a Młody wrócił na dwa tygodnie "do dzieci". Oprotestował to rykiem, po dwóch tygodniach, które spędziliśmy razem, nie spodobał mu się powrót do placówki. Aż się boję myśleć, co będzie w sierpniu, po miesięcznej przerwie. Obojgu będzie trudno - Tymkowi, bo zmieni grupę i pomieszczenie, dojdą nowe, płaczące dzieci. Blance - bo z jej grupy w przedszkolu zostały tylko trzy osoby (Młoda chodziła do grupy zerówkowej), nie będzie już jej ukochanych, ulubionych przyjaciółek. Zmiany, zmiany, zmiany.

W sierpniu obie placówki są nieczynne, więc dosłownie zmieniamy się przy dzieciach, zwalniając się pracy, chodząc później, wcześniej, zostając dłużej, odrabiając. Obie babcie mają swoje wnuki głęboko w dupie, nie chce mi się o tym pisać, oczywiście bardzo, bardzo je kochają, ale na tym koniec. Więc musimy sobie jakoś radzić, jak zwykle zresztą, w myśl starej zasady - umiesz liczyć, licz na siebie. Na sierpień rozplanowaliśmy wypady weekendowe, przed nami Kraków, Wieliczka i Eksperymentarium we Wrocławiu, za nami - działka u przyjaciół i zoo we Wrocławiu.

Przepiękne, zielone, nieco zatłoczone, ale nadal absolutnie fantastyczne zoo, które Tymon uparł się zwiedzać na własnych nogach ("Nie wóźkiem, nie wóźkiem!!!") Najbardziej podobały mu się akwaria w Afrykarium, gdzie usiłował pogłaskać ryby przez szybę i strusie... puścił się w ich kierunku pędem. Strusie, gdy tylko zobaczyły biegnącego w ich kierunku chłopczyka (z bułką w ręku, dodajmy dla jasności całej sytuacji), także się puściły pędem w jego stronę. Mina Tymka, gdy zobaczył galopujące prosto na niego ptaki, które zdawały się nie widzieć dzielącej ich siatki, była po prostu bezcenna. A zmiana Tymciowej  "trajektorii lotu" natychmiastowa...

Łaziliśmy po zoo cały dzień, skupiając się głównie na tym, żeby te dwa rozdzioby cokolwiek zobaczyły i zarejestrowały. Mój mąż miał wyraźnie dość, ale mimo to cierpliwie pokazywał Blance pochowane wśród liści węże, i jaszczurki, prosząc:

"- Przyjrzyj się dobrze córeczko
- Ale tam nic nie ma tato!!!
- Zobacz, tam siedzi, na gałęzi
- Ooooo, faktycznie, jest, a wcześniej go nie było!!!"

(i tylko pod nosem, zgryźliwie dorzucał - "Tak k...wa, przyfrunął!!!")

Wysłuchiwał ich podekscytowanych pisków, krzyków, achów i ochów, czasami tylko przymykał oczy, gdy słyszał jak Blanka na widok kazuara wrzeszczy:

"Chodź Tymek, chodź, zobaczysz ptaka z guzem!!!"

Nosił oboje na barana i na rękach. Wymiękł dopiero przy pawilonie z małpami, gdzie Trolle koniecznie chciały wejść, więc pobiegły - same, nie czekając na nas. Usiadł na schodach, spojrzał na mnie i zapytał:

"- Co to jest za pawilon?
- Małpiania

I rzucił zrezygnowanym głosem:

- Może niech zostaną..."

piątek, 11 sierpnia 2017

O NIE

Tymon jest ostatnio ciągle na nie. Nie dla zasady, nie bo nie, nie dla podkreślenia swojej dwuletniej odrębności i zdania. Idzie z nami chodnikiem i wykrzykuje co kilka kroków: "Nie cie iść!!! Nie cie!"
Ale idzie. Zapytany, czy chce borówki, odpowiada z automatu, że nie. Nawet gdy mu napełnię miseczkę, nawet gdy już ma pełną buzię owoców, nadal powtarza: "Nie cie bolówek!!!"

Wczoraj rano Andrzej zapytał Blankę, czy chce tosty na śniadanie. Młoda natychmiast buchnęła entuzjastycznym:
"Tak!!! Chcę tosty, chcę tosty!!!"
Błyskawicznie przyłączył się do niej Tymek, oznajmiając równie entuzjastycznie:

"Ja teś! Ja teś!!
Ja teś nie cie!!!"


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PATENT

Piątkowy wieczór. Siedzimy przy kolacji, dzieciaki wykąpane okupują kanapę, próbujemy złapać oddech po całym tygodniu. A Blanka gada, gada, gada... nie zamyka ust nawet na moment. Gada, opowiada, pyta, piszczy, wykrzykuje, skacze goła po kanapie. I nadaje. Mieli jęzorem. Bez przerwy.
Mój małomówny mąż, udręczony kakofonią dźwięków i jej wyjątkowo piskliwym głosikiem, w końcu stwierdza:

"Blanka, gdybyś miała podłączoną do języka turbinę wiatrową, to mielibyśmy prąd za darmo..."

czwartek, 3 sierpnia 2017

O BYCIU I NIE BYCIU

Tymon chowa się za ławką na placyku zabaw. 
Wciska głowę za metalowe, wygięte, metalowe oparcie, widać mu tylko czubek blond czupryny. 
I mówi:

" Nie jestem! Nie jestem! Nie jestem!"

Po chwili wygląda, szelmowsko uśmiechnięty, wysuwa się zza ławki i oznajmia mi:

"Jestem! Jestem!"

środa, 2 sierpnia 2017

WENTYLATOR

Blanka to dziecko - trzepak. Zawsze w biegu, wszystko musi być już, natychmiast, od razu. Jest niecierpliwa, narwana, a na dodatek kompletnie nie słucha tego, co się do niej mówi. 
Co jest pewnym problem w codziennym życiu i nie ukrywam, bywa irytujące. 

Gdy byliśmy na Kos, zmęczony basenem Tymon potrafił spać po trzy godziny w dzień. Zwykle ja z nim siedziałam w pokoju, a Andrzej taplał się z Blanką. A dokładnie - to wędrował z nią do pokoju i z powrotem, do pokoju i z powrotem. Bo kupę. Bo siku. Bo ciasteczko. Bo kółko do pływania. 
Mimo że Luby zabierał ze sobą klucz, mimo, że tłumaczyliśmy jej setki razy, żeby była cicho, żeby nie stukała w drzwi, bo budzi brata, Blanka i tak, niemal za każdym razem leciała biegiem przed ojcem, waliła w drzwi, wpadała jak bomba do pokoju, bo przecież ona musiała mi tylko cos powiedzieć, teraz, natychmiast, coś pokazać, coś zademonstrować... i budziła brata. 

Któregoś dnia nie wytrzymałam i fuknęłam na Andrzeja, że miał jej pilnować, że przecież mają klucz, że miała nie hałasować. Luby załamał ręce i zapytał naszą ukochaną córkę:

"Dziecko kochane, przecież Ci mówiłem, tłumaczyłem... Co ty masz w głowie? 
WENTYLATOR????!!!!"

Blanka popatrzyła na niego z miną głupawego cielaka, nie wiedząc tak do końca, czy się obrazić, czy nie, ale w sumie śpieszyło się jej, więc poskakała i poleciała z powrotem nad basen. Andrzej poczłapał za nią. 
(gdy na nich patrzę, niezmiennie nasuwa mi się skojarzenie: Masza i Niedźwiedź. Ta mała cholera nawet się śmieje tak samo...)

Tego samego dnia wieczorem próbowałam jej coś wytłumaczyć, prosiłam, mówiłam, gadałam, a odpowiedzią tradycyjnie był brak jakiejkolwiek reakcji (poza skakaniem i chichotaniem). Próbowałam mimo to wbić cokolwiek do tej szalonej blond łepetyny, ale odpuściłam, gdy zza moich pleców usłyszałam komentarz męża:

"Odbiło się od śmigła.... Daj spokój"