poniedziałek, 23 października 2017

MIGAWKI


Blanka kilka dni po utraci dolnej jedynki przychodzi do mnie i oznajmia z entuzjazmem: „Mamo, bez tego zęba żyje mi się o wiele lepiej!!!”
*****

Tymek błysnął ostatnio w żłobku, zadziwiając panie, ponieważ wiedział, co jest niemal na każdym obrazku, które pokazywały dzieciom. A była tam „gitala”, „palasola”, „auto” i wiele innych. Nie zmienia to faktu, że zapytany, ile ma lat, niezmiennie i z niezachwiana pewnością, odpowiada: „Dziesięć!!!”
*****

Słyszę ostatnio jak Tymon wojuje z Blanką w pokoju, ona wrzeszczy, że mu nie da, że nie wolno, bo to jej, a on ryczy, dosłownie ryczy. Wchodzę, patrzę, łzy się leją, usmarkany, wściekły, łapy zaciśnięte w piąstki – i orientuję się, co on ryczy:

„POPROSZEEEE!!!!!!, POPROSZEEEE!!!!”

Cóż, pełna kultura

piątek, 29 września 2017

STAŁO SIĘ

No i stało się. Zapowiadało się już od jakiegoś czasu to wiekopomne zdarzenie i w końcu nadejszła ta chwila.
Blance wypadł pierwszy ząb. Bujał się, kołysał, chwiał, wystawał śmiesznie i nienaturalnie poza szereg. Młoda ciągle przy nim grzebała, popychała go językiem; wczoraj, gdy wracaliśmy ze spaceru, pokazała mi, ze ząbek już nie ma korzenia i trzyma się tylko na dziąśle z jednej strony. 

Jako wspaniali i empatyczni rodzice postanowiliśmy udzielić córce oczywistego wsparcia w tej sytuacji. Ja przyniosłam nitkę, Andrzej wyjął ze skrzynki z narzędziami kombinerki, a wisienkę na czubku tortu położył Tymek - gonił po chacie drącą się w niebogłosy siostrę z cążkami w ręku, a żeby było zabawniej - kłapał nimi i powtarzał  "clap, clap, clap!!!". Spowodowało do eskalację wrzasku, popłynęły łzy i Blance i nam, choć z zupełnie innych powodów. 

 W końcu Młoda się uspokoiła i my też, uwierzyła, że to tylko głupie żarty durnych rodziców i poszła się kąpać, a wtedy ząb wyleciał. Sam. Młoda wyskoczyła z wanny i przypędziła do mnie, żeby oznajmić:

"Mamo, mamo, ja chciałam coś powiedzieć, a on wypadł!" 

Lewa dolna jedynka. Malutka jak ziarnko kaszy. 
Schowaliśmy pod poduszkę. Wróżka zębuszka ząb zabrała, zostawiła kasę. 

Reczy pierwsze. 
Kolejna za nami. 

czwartek, 21 września 2017

POSZUKIWANY

Zaginął w okolicznościach tajemniczych. Na czas pobytu Tymcia w żłobku zostawał sobie w szafce; gdy odbierałam Młodego , leciał jak na skrzydłach do szatni, wyciągał go i witał radosnym: "oooo, jeśt!". W piątek go nie było. I nie wiemy, czy przepadł w placówce, czy Andrzej go nie zabrał, gdy odprowadzał Tymka i zagubił się gdzieś w domu. No nie ma. Zginął. Przepadł.
Pogryziony, dziurawy (uparłam się, że nie kupię kolejnego). Nasz ostatni smoczek.

Ukochany "niumu, niumu!".

Szukał go Młody wytrwale. Całe dwa dni. Chodził za mną i zawodził płaczliwie, choć z wyczuwalną wyraźną pretensją:

"- Daj niumu, niumu!"
- Zgubił się. Nie mam
- Maś niumu niumu! W kosiku masz!"

- i wdrapywał się na łóżko, żeby przejrzeć wiklinowy koszyk stojący na półce, w którym faktycznie, czasami chowałam smoczek. A w związku z faktem, że tam go nie było, zaczynał znów:

"- Daj niumu niumu!
- Nie mam. Zgubił się.
- Maś!
- Nie mam
- W kiesieni mas!
- Nie mam!
- W tolbie maś?
-Nie mam!
W kultce maś!?
- Nie mam
- W siafce maś?

Aż zapomniał. I teraz, kiedy mu smutno, kiedy się popłacze, nadal żąda pocieszyciela, ale został nim...
pluszowy misio.



-


środa, 20 września 2017

TYPOWO MĘSKA ODPOWIEDŹ

Tymcio jest typowym dwulatkiem, że wszystkimi typowymi dla tego wieku zachowaniami. Mały frustrat, który chciałby, ale mu nie pozwalają, albo sam jeszcze nie do końca umie. Więc się złości, ciska przedmiotami, buntuje, obraża, siada na środku chodnika i strzela focha, bo - jak na przykład wczoraj - misio mu upadł i ja mu go nie podniosłam, tylko kazałam samemu się schylić. Czasem mi nerwy puszczają i wrzeszczę na niego, no bo ileż można. Zwykle próbuję coś wcześniej wyjaśnić, ale bezcelowe to mocno, bo na każde moje pytanie zadane lekko poirytowanym tonem, Tymon ma jedną, typowo męską odpowiedź. I nasze dialogi wyglądają tak:

Stoi Tymon na środku dywanu, na który właśnie wywalił miskę musli, trzyma ją jeszcze w ręku, więc pytam, w sumie retorycznie:
"Co ty zrobiłeś???" - a on z automatu odpowiada:
"Nie wiem..."

Wylewa Tymek sok marchewkowy na podłogę, bo takie fajne pomarańczowe kleksy się robią, wrzeszczę na niego z kuchni:

"Co ty wyprawiasz Gnomie?!!!"
A on podnosi tę blond łepetynę, robi minkę i niezmiennie oznajmia:
"Nie wiem..."

Typowo męska odpowiedź...

wtorek, 19 września 2017

SMAKOSZ

Wrócił wczoraj Tymek ze żłobka, zasiadł na kanapie, rozejrzał się, nie znalazł tego, czego szukał więc mówi do mnie:

"Zlób kawy!"

Zaczęłam się śmiać. Na stoliku nie było, na stole też, ani na blacie w kuchni, więc trzeba się było upomnieć. Siła nawyków. Zawsze, gdy wracam z pracy, robię sobie kawę i Tymon, który ją uwielbia, podpija mi dwa, trzy łyki ukochanego napoju. Takiego oto syna wychowałam na swój wzór i podobieństwo.

piątek, 1 września 2017

PODSUMOWUJĄC

I po wakacjach. Pierwszy wrzesień i jak po pstryknięciu palcami, pojawiła się jesień. Za oknem mży, siąpi, wieje. Przeglądam i porządkuje wakacyjne zdjęcia. To wszystko, co przywożę z wyjazdów. I cieszę się, bo udało nam się zrealizować właściwie wszystkie plany i naprawdę dużo udało nam się w tym roku zobaczyć.

Spędziliśmy w lipcu kilkanaście dni na Kos, w objechaliśmy wyspę, w sierpniu z kolei byliśmy w zoo we Wrocławiu, w warszawskim Centrum Nauki Kopernik, a ostatni weekend spędziliśmy w Krakowie. Wszyscy razem. Zastanawiałam się czasem, czy warto, bo gnomy marudzą, jęczą, żądają lodów, noszenia na rękach, śpią w aucie, potem nie chcą spać w domu – słowem podróżowanie i zwiedzanie z dwójką dzieci w wieku sześć i dwa lata to spore wyzwanie. Nie raz myślałam, czy coś im w ogóle w pamięci zostanie…

Tymcio jest za mały, żeby cokolwiek zapamiętać, ale po powrocie z eksperymentarium twardo przez dwa dni żądał, żeby go zabrać „Do lobota! Do lobota mama!” i nie dawał się przekonać, że robot został daleko. W końcu poddał się i ustaliliśmy, że pojedziemy „jutlo”, czyli po prostu kiedyś tam. Blance Centrum Nauki Kopernik podobało się, najbardziej magnesy, bańki, lustra, a Tymonowi wszystko, czym można było kręcić, poruszać i co można było wciskać – niemniej mam wrażenie, że to miejsce dla nieco starszych dzieci.

Po powrocie z weekendu w Krakowie zaś Młody zerwał się rano i przyleciał do mnie z pytaniem: „Dziemy na wyciećkę mama? Dziemy dzisiaj??”, czyli bakcykla podróżniczego złapał. Spodobało mu się - byliśmy w fantastycznym muzeum pod Sukiennicami, w Kościele Mariackim, na Wawelu, w Smoczej jamie, spotkaliśmy się ze znajomymi, których poznaliśmy na Kos, zwiedziliśmy Wieliczkę. Niemniej, zgodnie z moimi przewidywaniami, dla dzieci największą atrakcją wypadu okazało się włażenie na pomnik Mickiewicza, karmienie oswojonych gołębi na rynku i lizanie ścian w kopalni soli. Bez komentarza, ręce opadają, tak myślałam jeszcze kilka dni temu. Ale dwie sytuacje z wczoraj przekonały mnie, że jednak warto było…

Blanka, grając ze mną w % sekund, wylosowała pytanie: „Co się przywozi z wakacji?”, niemal z automatu odpowiedziała – „Wspomnienia. I zdjęcia mamo!” A wczoraj przyszła do mnie i mówi:

Mamo, ja bym chciała w poniedziałek do przedszkola zabrać pawie pióro, muszelki, pumeks (naturalny, znaleziony na Kos), o, i zwykły kamień dla porównania. I bryłkę soli (z Wieliczki). Będę opowiadać dzieciom o moich wakacjach… !”

wtorek, 22 sierpnia 2017

ŁOJEJEK

Tymon na drugie urodziny dostał rowerek biegowy. Mały, czerwony Puky, na którego wsiadł w sklepie i już nie chciał z niego zejść.  Blanka w analogicznym wieku także dostała taki sam prezent, ale nawet na niego nie spojrzała. Różnica między nimi jest taka, że w przypadku Młodej to my chcieliśmy, żeby jeździła na biegówce, a w przypadku Młodego - to on chciał jeździć. Bardzo chciał jeździć. Z uporem maniaka oglądał, wręcz obmacywał wszystkie napotkane "łojejki"; jeśli na placu zabaw pojawił się jakiś inny chłopiec z tego typu sprzętem - próbował wsiąść, zabierał, usiłował chociaż posiedzieć... Kończyło się rykiem, kiedy musieliśmy oddać pożyczony rowerek.

Więc sprezentowaliśmy mu wymarzony sprzęt. Śmiga na nim dosłownie, niestety także po domu, bo nie możemy zostawić łojejka w garażu, bo Tymek płacze. Gdy raz, po powrocie od babci, lowerek został w aucie, Andrzej mu wieczorem obiecał, że jak tylko wstaniemy, to rowerek przyniesie.
Tymon otworzył rano oczy, spojrzał na ojca i zapytał: "Pyniosłeś jojejek?" Gdy usłyszał "Nie", zażądał natychmiast  "pynieś jojejek tata!!" i mus nie rada, mój mąż musiał być słowny, wylazł z ciepłej pościeli, ubrał się i poszedł po tymkowy sprzęt. Ostatnio rowerek "awansował", stał się "motolkiem", Tymon zakłada sobie na głowę pudełko po klockach, mówi, że jedzie na "kawasiaki" i robiąc głośno "brum, brum!" zasuwa po chacie. Dosłownie  śmiga, tylko czasem wjeżdża w szafkę.

Rzuca wtedy glośno i wyraźnie "KULWA" i jedzie dalej.
Facet. 

czwartek, 17 sierpnia 2017

WAKACJE

Rozejrzałam się i odkryłam, że wakacje już właściwie za nami. Za dwa tygodnie dzieciaki wracają do żłobka i do przedszkola. Lipiec minął nam na wyjeździe do Grecji, potem świętowaliśmy drugie urodziny Tymka,  następnie Blanka trafiła na półkolonie dla fajnej pracowni artystycznej, a Młody wrócił na dwa tygodnie "do dzieci". Oprotestował to rykiem, po dwóch tygodniach, które spędziliśmy razem, nie spodobał mu się powrót do placówki. Aż się boję myśleć, co będzie w sierpniu, po miesięcznej przerwie. Obojgu będzie trudno - Tymkowi, bo zmieni grupę i pomieszczenie, dojdą nowe, płaczące dzieci. Blance - bo z jej grupy w przedszkolu zostały tylko trzy osoby (Młoda chodziła do grupy zerówkowej), nie będzie już jej ukochanych, ulubionych przyjaciółek. Zmiany, zmiany, zmiany.

W sierpniu obie placówki są nieczynne, więc dosłownie zmieniamy się przy dzieciach, zwalniając się pracy, chodząc później, wcześniej, zostając dłużej, odrabiając. Obie babcie mają swoje wnuki głęboko w dupie, nie chce mi się o tym pisać, oczywiście bardzo, bardzo je kochają, ale na tym koniec. Więc musimy sobie jakoś radzić, jak zwykle zresztą, w myśl starej zasady - umiesz liczyć, licz na siebie. Na sierpień rozplanowaliśmy wypady weekendowe, przed nami Kraków, Wieliczka i Eksperymentarium we Wrocławiu, za nami - działka u przyjaciół i zoo we Wrocławiu.

Przepiękne, zielone, nieco zatłoczone, ale nadal absolutnie fantastyczne zoo, które Tymon uparł się zwiedzać na własnych nogach ("Nie wóźkiem, nie wóźkiem!!!") Najbardziej podobały mu się akwaria w Afrykarium, gdzie usiłował pogłaskać ryby przez szybę i strusie... puścił się w ich kierunku pędem. Strusie, gdy tylko zobaczyły biegnącego w ich kierunku chłopczyka (z bułką w ręku, dodajmy dla jasności całej sytuacji), także się puściły pędem w jego stronę. Mina Tymka, gdy zobaczył galopujące prosto na niego ptaki, które zdawały się nie widzieć dzielącej ich siatki, była po prostu bezcenna. A zmiana Tymciowej  "trajektorii lotu" natychmiastowa...

Łaziliśmy po zoo cały dzień, skupiając się głównie na tym, żeby te dwa rozdzioby cokolwiek zobaczyły i zarejestrowały. Mój mąż miał wyraźnie dość, ale mimo to cierpliwie pokazywał Blance pochowane wśród liści węże, i jaszczurki, prosząc:

"- Przyjrzyj się dobrze córeczko
- Ale tam nic nie ma tato!!!
- Zobacz, tam siedzi, na gałęzi
- Ooooo, faktycznie, jest, a wcześniej go nie było!!!"

(i tylko pod nosem, zgryźliwie dorzucał - "Tak k...wa, przyfrunął!!!")

Wysłuchiwał ich podekscytowanych pisków, krzyków, achów i ochów, czasami tylko przymykał oczy, gdy słyszał jak Blanka na widok kazuara wrzeszczy:

"Chodź Tymek, chodź, zobaczysz ptaka z guzem!!!"

Nosił oboje na barana i na rękach. Wymiękł dopiero przy pawilonie z małpami, gdzie Trolle koniecznie chciały wejść, więc pobiegły - same, nie czekając na nas. Usiadł na schodach, spojrzał na mnie i zapytał:

"- Co to jest za pawilon?
- Małpiania

I rzucił zrezygnowanym głosem:

- Może niech zostaną..."

piątek, 11 sierpnia 2017

O NIE

Tymon jest ostatnio ciągle na nie. Nie dla zasady, nie bo nie, nie dla podkreślenia swojej dwuletniej odrębności i zdania. Idzie z nami chodnikiem i wykrzykuje co kilka kroków: "Nie cie iść!!! Nie cie!"
Ale idzie. Zapytany, czy chce borówki, odpowiada z automatu, że nie. Nawet gdy mu napełnię miseczkę, nawet gdy już ma pełną buzię owoców, nadal powtarza: "Nie cie bolówek!!!"

Wczoraj rano Andrzej zapytał Blankę, czy chce tosty na śniadanie. Młoda natychmiast buchnęła entuzjastycznym:
"Tak!!! Chcę tosty, chcę tosty!!!"
Błyskawicznie przyłączył się do niej Tymek, oznajmiając równie entuzjastycznie:

"Ja teś! Ja teś!!
Ja teś nie cie!!!"


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PATENT

Piątkowy wieczór. Siedzimy przy kolacji, dzieciaki wykąpane okupują kanapę, próbujemy złapać oddech po całym tygodniu. A Blanka gada, gada, gada... nie zamyka ust nawet na moment. Gada, opowiada, pyta, piszczy, wykrzykuje, skacze goła po kanapie. I nadaje. Mieli jęzorem. Bez przerwy.
Mój małomówny mąż, udręczony kakofonią dźwięków i jej wyjątkowo piskliwym głosikiem, w końcu stwierdza:

"Blanka, gdybyś miała podłączoną do języka turbinę wiatrową, to mielibyśmy prąd za darmo..."

czwartek, 3 sierpnia 2017

O BYCIU I NIE BYCIU

Tymon chowa się za ławką na placyku zabaw. 
Wciska głowę za metalowe, wygięte, metalowe oparcie, widać mu tylko czubek blond czupryny. 
I mówi:

" Nie jestem! Nie jestem! Nie jestem!"

Po chwili wygląda, szelmowsko uśmiechnięty, wysuwa się zza ławki i oznajmia mi:

"Jestem! Jestem!"

środa, 2 sierpnia 2017

WENTYLATOR

Blanka to dziecko - trzepak. Zawsze w biegu, wszystko musi być już, natychmiast, od razu. Jest niecierpliwa, narwana, a na dodatek kompletnie nie słucha tego, co się do niej mówi. 
Co jest pewnym problem w codziennym życiu i nie ukrywam, bywa irytujące. 

Gdy byliśmy na Kos, zmęczony basenem Tymon potrafił spać po trzy godziny w dzień. Zwykle ja z nim siedziałam w pokoju, a Andrzej taplał się z Blanką. A dokładnie - to wędrował z nią do pokoju i z powrotem, do pokoju i z powrotem. Bo kupę. Bo siku. Bo ciasteczko. Bo kółko do pływania. 
Mimo że Luby zabierał ze sobą klucz, mimo, że tłumaczyliśmy jej setki razy, żeby była cicho, żeby nie stukała w drzwi, bo budzi brata, Blanka i tak, niemal za każdym razem leciała biegiem przed ojcem, waliła w drzwi, wpadała jak bomba do pokoju, bo przecież ona musiała mi tylko cos powiedzieć, teraz, natychmiast, coś pokazać, coś zademonstrować... i budziła brata. 

Któregoś dnia nie wytrzymałam i fuknęłam na Andrzeja, że miał jej pilnować, że przecież mają klucz, że miała nie hałasować. Luby załamał ręce i zapytał naszą ukochaną córkę:

"Dziecko kochane, przecież Ci mówiłem, tłumaczyłem... Co ty masz w głowie? 
WENTYLATOR????!!!!"

Blanka popatrzyła na niego z miną głupawego cielaka, nie wiedząc tak do końca, czy się obrazić, czy nie, ale w sumie śpieszyło się jej, więc poskakała i poleciała z powrotem nad basen. Andrzej poczłapał za nią. 
(gdy na nich patrzę, niezmiennie nasuwa mi się skojarzenie: Masza i Niedźwiedź. Ta mała cholera nawet się śmieje tak samo...)

Tego samego dnia wieczorem próbowałam jej coś wytłumaczyć, prosiłam, mówiłam, gadałam, a odpowiedzią tradycyjnie był brak jakiejkolwiek reakcji (poza skakaniem i chichotaniem). Próbowałam mimo to wbić cokolwiek do tej szalonej blond łepetyny, ale odpuściłam, gdy zza moich pleców usłyszałam komentarz męża:

"Odbiło się od śmigła.... Daj spokój"


poniedziałek, 31 lipca 2017

GRAMATYKA TRUDNA RZECZ...

Gdy byliśmy na wakacjach, Tymon zaczął mówić zdaniami. Łyso się trochę przyznać, że jednym z pierwszych było: "OOOO, pibo (piwo), daj póbować!!!".

Równocześnie wszedł w etap zadawania pytań - "To to jest???" padało kilkadziesiąt razy dziennie.
Kamyczek na drodze. Przystaje, kuca, ogląda, podnosi głowę, patrzy na mnie i pyta: "To to jest?"
Żaglówka na morzu - to samo, leci do plaży, patrzy i : "To to jest?"

Minęła dwa tygodnie i nasz syn zaczął sobie ze śmielej poczynać, choć czasowe konstrukcje gramatyczne zdecydowanie go jeszcze przerastają. Już pomijając to, że używa żeńskich końcówek, mówiąc uparcie: "zlobiłam, zjadłam, widziałam", co najzabawniejsze - na co dzień serwuje nam następujące konstrukcje:

"To to jest jechało?
To to jest słysałam?
To to jest lobiłaś?
To to jest było?
To to jest zjadłam?
To to jest idziemy?"

Język polski trudna mowa...

niedziela, 16 lipca 2017

WAKACJE

Niemalże prosto z przedszkola, żłobka i pracy, bo w piątek 31.06... pojechaliśmy. Najpierw w nocy na parking pod lotniskiem, potem, już busem, na Okęcie. Naiwna byłam licząc, że zapakuję Tymka w tulę a Blankę wsadzę do spacerówki i trolle będą spały. Obudziły się już na parkingu i ani myślały o kontynuacji drzemki. Wylot mieliśmy o 3.20, opóźnił się godzinę, tak więc do 4 z minutami oba ganiały po lotnisku rączym kłusem. Tymka tylko przez chwilę zafascynował lądujący "mololot", na tyle, że przerwał galop. Na szczęście w samolocie oba padły i właściwie cały lot przespały. O ósmej z minutami czasu miejscowego byliśmy na miejscu. Bardzo gorącym miejscu. Krótka jazda do Marmari i mogliśmy zaczynać wakacje. 

Było cieplo, a nawet gorąco, choć wiejący przez niemal cały wyjazd dość silny wiatr sprawiał, że temperatura nie była uciążliwa, a Tymon chwilami oznajmiał, że "dzimno" i życzył sobie "bluziećke!". Morze szumiało sobie dziko, surferzy i kite - surferzy korzystali z aury, my spacerowaliśmy, kapaliśmy się, piliśmy i jedliśmy. Dzieci żarły głownie lody, na Kos Tymon zjadł swojego pierwszego w życiu! Blanka zażyczyła sobie sorbet truskawkowy, spróbował i stwierdził, że też chce! ( wcześniej twierdził, że sorbet jest "si" i długo, długo musiał się zadowalać pustym wafelkiem). 

A Blanka nauczyła się... pływać. Okazało się, że wystarczy dać dziecku właściwie nieograniczony dostęp do wody i ... czas. Najpierw nurkowała, zatykając sobie nos ręką, więc kupiliśmy jej silikonowy "nosek" do zaciskania tego właściwego. Zaczęła więc nurkować/pływać. Potem wytłumaczyliśmy, że warto od czasu do czasu wyjąć głowę i nabrać powietrza i tak oto panna przepłynęła kilka ładnych metrów krytą żabką. Nauczyła się też skakać "na bombę", Andrzej ją namówił, raz się odważyła i potem poooszło! ( Co najgorsze, Tymon jak to zobaczył, to też chciał skakać na bombę...) Zdolna bestia! Gdyby mogła, to nie wychodziłaby ze basenu przez cały wyjazd, co sprawiło, że po tygodniu dosłownie oblazła ze skóry - na ramionach i na twarzy, mimo ciągłego smarowania kremem z filtrem. Ale jak to Blanka, stwierdziła,  że akurat do końca wyjazdu zdąży tą nową skórę opalić :-) I niestety, miała rację... Młoda poznała nowe kumpelki, więc wieczorami przepadała, informując nas, że one maja imprezę, grają, albo budują bazę...

Tymon jak to Tymon. Rył w piachu, taplał się w brodziku, ryczał, że gorąco w stopy, bo co i rusz się zapuszczał bez butów na mocno nagrzane powierzchnie wokół basenu. Wędrował po jadalni, bo tam były rybki i "dzułfie", ganiał koty, ekscytował się na widok każdego skutera/motocykla... tak, kto był w Grecji, ten wie, ze to jeden z najpopularniejszych środków lokomocji tam, tak więc co i rusz pewien niespełna dwuletni blondasek zatrzymywał się, zaczynał skakać, krzyczeć i wołać "kutelek!!!, motolek!!!". Poza tym postanowił zostać drugim Cejrowskim, niemalże wszędzie wędrował boso, z uporem maniaka zdejmując buty. Pozbywał się także pampersa, twierdząc, że "nie cie, golonco!". Szkoda tylko, że się go definitywnie nie pozbył. 

Zwiedziliśmy Kefalos, obejrzeliśmy z góry przepiękny widok na trzy zatoki, zajrzeliśmy na Paradise Beach, wypiliśmy ice cafe w Kardamenie, a z Plaka Forest, z lasu piniowego, gdzie żyją na pół - oswojone pawie, przywieźliśmy ich pióra (i obyło się bez deptania po ogonach). Mój mąż zwiedzał także wyspę na własną rękę, dzień przed wyjazdem wypożyczył skuter i  pojechał się powłóczyć. A jak wrócił, zabrał dzieciaki na przejażdżkę. Od tamtej pory, Tymon widząc skuter, krzyczał "moja skutelek!".  
Było cudownie. Leniwie. Ciepło. Rodzinnie. 
W wtorek wieczorem pożegnaliśmy znajomych, których tam poznaliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Blanka się popłakała, tak jej było żal wyjeżdżać. Tymon, poinformowany, że jedziemy do domu, odparł "Nie domku. Nie cie. Nie cie domku!'. 
Najlepsza recenzja wyjazdu...

piątek, 16 czerwca 2017

PRAWDZIWY FACET

Mój syn mnie irytuje, delikatnie mówiąc. Sprawdzałam już kilka razy i zawsze jest to samo, dokładnie to samo. Shoppingowi Tymon mówi stanowcze, zdecydowane nie. Jeszcze wizytę w spożywczaku jakoś zniesie, ale zakupy odzieżowe są powyżej jego progu tolerancji. Gdy tylko widzi, że zmierzam w kierunku sklepu z ciuchami, zaczyna zawodzić:

"Nieeee tam!!!, Nieeee tam!!!"

Jeśli mimo jego protestów wejdę do środka, żeby chociaż pobieżnie po wyprzedażach się przelecieć, wije się w wózku jak piskorz i ryczy:

"Dziemy!!!!, dziemy!!!, dziemy!!!"

No facet, Prawdziwy facet. 

piątek, 9 czerwca 2017

INTERAKCJE SŁOWNE

Tymcio mówi coraz więcej. Co prawda głównie my go rozumiemy, bo słowotwórstwo dosłownie kwitnie w jego wykonaniu. Oto kilka przykładów ( zapisać, zapisać ku pamięci!)

"łojejek" - rowerek
"ejojo" - oreo
"abubas" - autobus
"cukr" - cukier

No i w końcu Tymek zaczyna wchodzić w interakcje słowne!

Znudzony na placu zabaw zaczyna sprzątać zabawki i wrzucać je do torby, oznajmiając jednocześnie:
"bielamy, dziemy, bielamy, dziemy!" (zbieramy i idziemy)

Wychodzą ze żłobka mówi grzecznie:
"dzienia, kuje!" (do widzenia, dziękuję)

Biegnąc za Blanką, która po raz kolejny odebrała mu swoją zabawkę, informuje mnie i błaga ją jednocześnie:

"blała, blała, daj, posie cie, posie cie, daj, posie cie!" (zabrała, oddaj, proszę Cię!)

Chodzę wnerwiona po domu i szukam smoczka, powtarzając "Gdzie ty masz tego gumiaka, no gdzie go zgubiłeś, gdzie Ty go masz?". A Tymek chodzi za mną i powtarza: "wjąćcie, wjąććie, wjąćcie" (w rączce) 

Oboje, kilkadziesiąt razy dziennie, gdy tylko jedno machnie lapą w kierunku drugiego, informują mnie w sumie już tonem beznamiętnym:

"bije, bije, bije!"

Gdy mówię mu "Tymus,  zakładamy buty i idziemy na spacer ", odpowiada natychmiast:

"Dobla! "

A tak w ogóle to w naszym domu mieszka już: Tynek, Banka, i Pabis :-)

środa, 7 czerwca 2017

NADZIEJA NA BASIEN

Byliśmy ostatnio z dzieciakami na basenach termalnych w Uniejowie. Baaardzo im się podobało, zwłaszcza Tymkowi. W dzień dziecka, zamiast kupować trollom wypasione prezenty, zabraliśmy ich do lokalnego aquaparku. Młody zjeżdżał, biegał po brodzikach, bawił się, Blanka szalała. Oboje uwielbiają takie wypady, a że do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja, nawet mały człowiek - od tamtej pory codziennie po przyjściu ze żłobka Tymon zadaje nam z nadzieją to samo pytanie:

"Basien? Basien?"

Chodzi za nami, zagląda nam w oczy, przynosi swoje "kóko", klapeczki i znów pyta:

"Basien? Basien?"

A gdy mówimy, że nie, że dziś nie jedziemy na basen, smutnieje, ale po chwili dorzuca z nadzieją:

"Potem? Potem?"

Więc potakujemy, że tak synku, tak, potem pojedziemy.
A on kolejnego dnia znów pyta.
Nadzieja umiera ostatnia


wtorek, 23 maja 2017

DZIEŃ ZDECHŁEGO KOTA

Mój mąż jest bardzo opanowanym, małomównym człowiekiem. Z natury. Niewiele rzeczy go irytuje, równie mało go wyprowadza z równowagi. Nie podnosi głosu, nie krzyczy (w przeciwieństwie do mnie), nie złości się. Niespotykanie spokojny człowiek, chciałoby się rzecz.

Ale jak już się wkurzy, co, jak już wspominałam, zdarzą się niezwykle rzadko, to lepiej nie stawać mu na drodze i generalnie jeszcze lepiej - usunąć się z zasięgu wzroku, słuchu i ręki.

Przekonał się o tym swego czasu nasz pies, ukochany piesek, pieseczek, piesunio, Travisek, ulubieniec swojego Pana, pupilek nad pupilkami. Dawno to było, pisałam o tym kiedyś, dla tych co nie czytali, lub nie pamiętają - zdarzyła się pewnego razu historia taka: pan z pieseczkiem poszedł na spacer, za stary dworzec, już nieistniejący, gdzie było dziko i spokojnie, choć w środku miasta, gdzie rosły chaszcze, trawa po kolana i krzaki. W tych ostatnich, wiedziony swoim niezawodnym węchem, Travis namierzył koteczka. Zdechłego koteczka, dodajmy dla jasności sytuacji, który choć nieruchawy, miał już nowe życie w sobie, gdyż żywota dokonał ładnych kilka tygodni wcześniej - i mówiąc wprost, żarły go już robaki.

Mimo nawoływań Andrzeja, Travisek nie mógł, po prostu nie potrafił się oprzeć pokusie, zdechłokoteczkowa parfuma była zbyt kusząca, zbyt aromatyczna - nie zważając na prośby, groźby i polecenia swojego Pana, Travis postanowił wykorzystać okazję...

i się w zdechłym kocie
WYTARZAŁ.

I wtedy mój mąż się ZDENERWOWAŁ.
Jeden, jedyny raz użył wobec pieseczka przemocy. Tak skutecznie, że psiunio skruszał o wiele szybciej niż koteczek i wracał do domu biegiem, w linii prostej, choć bez smyczy i na dodatek dziesięć metrów przed swoim panem. Sam wszedł pod prysznic i gdyby tylko potrafił, sam odkręcił by wodę i sam się wykąpał.

Terapia okazała się skuteczna, od tamtej pory Andrzej jest jedyną osobą, której słucha nasz pies i mam wrażenie - szanuje.

Tyle tytułem przydługiego wstępu, muszę jednak jeszcze dodać, że mój mąż nigdy nie krzyknął na nasze dzieci, ma dla nich morze cierpliwości, nigdy żadnego nie uderzył, ba! - nigdy na żadne nawet nie podniósł porządnie głosu.

Do niedzieli. Wróciliśmy z komunii synka mojej przyjaciółki, oboje zmęczeni, było gorąco, a dzieciory wściekały się tak, że nawet nie podejmuję się tego opisać. Spychały się z kanapy, darły za włosy, Blanka zabierała Tymkowi smoczek, Młody ryczał, bo chciał swojego monia, Blanka uciekała przed nim ze śmiechem, ten ją gonił, wywalał się, beczał, jak ja dopadł, to gryzł, bił i popychał, ona nie pozostawała mu dłużna. Oboje przy tym wrzeszczeli, piszczeli, krzyczeli - nie pomagały prośby o uspokojenie się, groźby, rozdzielanie. Mijała minuta i zaczynali od nowa. Blanka zaczepiała Tymka, on jej oddawał i znów awantura.

Zachowywali się tak, że nawet Andrzej się ZDENERWOWAŁ i przemówił do swojej sześcioletniej córki:

"Córeczko kochana, ja Cię nigdy nie uderzyłem, ale dobrze Ci radzę, Ty się lepiej uspokój się, bo Twój Dzień Zdechłego Kota jest blisko..."

czwartek, 18 maja 2017

KABEL

Tymon się rozgaduje. I rozkręca, aż się boję, żeby mu śrubki nie powypadały. Wywala, rozsypuje, wylewa, wyciąga wszystko pasjami. Potem sam sprząta, albo i nie. Albo rozmazuje rozlane, rozdeptuje rozrzucone, z dziką radością, albo ze złością - w zależności od nastroju. Zwracam mu uwagę, grożę karami cielesnymi, upominam - bez większych rezultatów.

Nad tym, co robi Młody czuwa Wielki Brat, a dokładnie to Wielka Siostra, która co i rusz wykrzykuje mi komunikaty z cyklu "uprzejmie donoszę".

W poniedziałek robiłam Blance podwieczorek w kuchni, a Trolle siedziały w pokoju - Tymon dostał już do konsumpcji swój makaron muszelki, ale nie był zbyt zadowolony z takiego menu. Na efekty nie trzeba było długo czekać, z salonu dobiegł mnie charakterystyczny krzyk Blanki:

"Maaaammmmoooooo, a Tymon wysypał wszystkie kluski na dyyyyywaaaann!!!"

Nie przebrzmiały jeszcze słowa małej donosicielki, gdy Tymon postanowił także się wypowiedzieć i usłyszałam jak woła:

"Biejam! Biejam!!! (Zbieram!!!)

wtorek, 9 maja 2017

JĘZYK

Tymcio ma fazę na "ja!". Czyli, że sam. Sam zrobi, sam założy, sam zaniesie, sam weźmie, sam zejdzie po schodach. Kiedy próbuję mu pomóc, drze się jak opętany, odpycha mnie i wykrzykuje: "ja!, ja!, ja!". No więc siedzę przy nim, patrzę, jak biedzi się z butami, mocuje się z rzepem, próbuję wepchnąć tą swoją pulchniutką stopę do środka i tłumaczę:

"Tymuniu, musisz wyciągnąć język, inaczej stópka nie wejdzie do środka"

I Tymek wyciąga.
Swój.
Z buzi.

Siedzi z wywieszonym językiem i nic nie rozumie, ani czemu stopa nadal nie wchodzi do buta, ani czemu matka rechocze...

wtorek, 2 maja 2017

SUAHILI

Tymek mówi coraz więcej. Szkoda tylko, że w suahili...

Upiekłam ostatnio kurczaka na obiad. Studził się na balkonie, a mój syn łaził po domu, skandując:
"Ku- ka - ka!!!, ku- ka- ka!!!, ku - ka- ka!!!"

****
Siedzimy na kanapie. Przed nią rozłożony jest mały dywanik, na którym niestety ląduje wszystko, co dzieci upuszczą, pokruszą, rozsypią, zrzucą ze stolika. Tymon pokazuje mi paluchem wspomniany dywan i uparcie usiłuje mi coś wytłumaczyć:

"Di- ba-be!, di- ba- be!
- O co Ci chodzi synku, nie rozumiem?
- Di- ba-be!, di-ba-be!!!"-
Tymon, naucz się mówić po polsku, to nam zdecydowanie ułatwi komunikację! Nie- roz- zu- miem!!
- DI - BA- BE! DI- BA- BE!!! -

Coś mi w głowie zaskoczyło i pytam:

- Synku, czy ty mi próbujesz powiedzieć, że mam brudny dywan?
- TAK!!!

****
Wychodzę na szybko do sklepu. Tymon, już w piżamce, widząc, że zakładam buty, rozjarza się cały w uśmiechu i mówi: "tak!, tak!" - w sensie, że on też idzie, też chce! Mówię, że zostaje, że zaraz wrócę, patrzy na mnie niemal z rozpaczą i zaczyna powtarzać:

"Psiem, psiem, psiem!!!"

Myślę sobie, co on się tak tego psa uczepił, dobra to go zabiorę. Wyciągam smycz, a Tymcio w ryk, czyli jednak nie o to chodziło. Zkanapy odzywa się Blanka, tonem zabarwionym lekką pogardą, no bo jak można Tymka nie rozumieć, ona przecież doskonale wie, co on mówi, i rzuca od niechcenia:

"Mamooooo, on mówił: proszę, proszę, proszę..." 


-




poniedziałek, 24 kwietnia 2017

MAKE UP

Robię rano makijaż w łazience, na szybko, tuż przed wyjściem do pracy. Tymek tupta za mną, wdrapuje się na sedes, chwilę przygląda mi się z uwagą, obserwuje uważnie, co robię i nagle zaczyna się domagać:

"Mama, pisu - pisu!!
Maaaamaaaa, pisu - pisiu!!!
Tu!!!!"
I pokazuje paluchem na buzię, na oczy...

Tak, mój syn zaczyna się domagać, żeby i jemu zrobić makijaż.
Nawet mnie przez moment kusiło, żeby mu trzasnąć czarne kreski...
I zaprowadzić go tak do żłobka.
Miny Pań byłby zapewne bezcenne...


środa, 19 kwietnia 2017

RÓŻNICA

Jak jest podstawowa różnica między moimi dziećmi, pomijając tę oczywistą, że jedno to chłopiec, a drugie dziewczynka?

Blanka na hasło: "Chodź, wyjdziemy na spacer!" krzywi się, robi minę zdegustowanej księżniczki, której oto proponuję wyjście na zewnątrz, gdy pada, mokro, błoto i wilki jakieś wyją. No nie, generalnie nie, a jeśli już, to niechętnie, z oporami, po namowach, a nierzadko z rykiem.
Rasowa nornica. Ona woli zostać w domu, jej się nie chce wychodzić, ubierać, szykować, nie ma ochoty, no nie i już.

Tymek na hasło "Chodź, wyjdziemy na spacer!"... wróć - przy Tymku nie wolno używać słów "spacer" i "wyjdziemy", albowiem gdyż wyłapie je zawsze i wszędzie. Niezależnie od kontekstu - może być to nawet stwierdzenie "wyjdziemy w sobotę do kina?", a Tymon dosłownie rozjarza się cały w uśmiechu, zaczyna skandować "TAK!, TAK! TAK!" i biegiem, dosłownie biegiem, leci do szafki po ubrania, do przedpokoju po buty i stoi niemalże z nimi w zębach, zwarty i gotowy, żeby wyjść, teraz natychmiast, już!!! I patrzy błagalnie, i podskakuje i płacze rozpaczliwie, gdy okazuje się, że jednak nie idziemy, albo co gorsza - że on zostaje...

Rodzeństwo kurde...

wtorek, 11 kwietnia 2017

NO CHŁOPCZYK...

Żłobek Tymka mieści się w starej kamienicy, na pierwszym piętrze - wspinamy się do niego mozolnie, po starych, stromych, drewnianych schodach, Tymek oczywiście samodzielnie, nie chce mi nawet dać ręki.
Tuż przed szczytem zatrzymuje się i uważnie ogląda mocowanie barierki. W jednym miejscu wzmocniona jest metalowym kątownikiem. Tymek ogląda go uważnie, wtyka paluszki w dziurki, dotyka wystających łebków śrubek, zafascynowany totalnie. Pokazuje mi, powtarzając "Ju - juuuu!, ju- juuu!!! " - co w wolnym tłumaczeniu znaczy: " O, tu, zobacz wiercili dziury, wiertarką!!!"

***
Wracamy do domu. Tymek uważnie ogląda każdy samochód stojący pod blokiem. Dotyka klamek, kół, próbuje otworzyć bagażniki. Gdy mi się śpieszy i pewnego dnia zwijam go siłą na górę, dobre kilkanaście minut rozpacza, leżąc na podłodze i wrzeszcząc: "Ataaaaaa! ataaaa!!!"

***
Bierze sobie Andrzeja gazety motocyklowe i ogląda, strona po stronie, pokazując palcem kolejne jednoślady i powtarzając "brum bruuum, bruuum brum!". Potem wskazuje na akcesoria motocyklistów - "kasz" (kask), "bibu!" (buty). Nie drze i nie maluje ani po "Świecie motocykli', ani po "Motormani". Po moich gazetach - a i owszem.

***
Obejrzy się za każdym przejeżdżającym motocyklem, za każdą ciężarówką, autobusem. Generalnie pół dnia zajmuje mu stanie przy oknie lub na balkonie i oglądanie jeżdżących pod domem aut. Do znudzenia prowadzimy dialogi typu: "Ata!, ata!" - "Tak Tymusiu, jada auta" - "Ata, nie ma!" - "Tak, teraz akurat nie jada" - "Ata, iju, iju!!" - "Tak synku, przejechała karetka"

Nikt mi nie powie, że to kwestia wychowania.
No chłopiec i tyle.

czwartek, 6 kwietnia 2017

PROBLEMY Z USTALENIEM OJCOWSTWA


Spacerujmy. Młoda kica jak pijany zając, biega, skacze, Travis wędruje swoimi ścieżkami, obwąchując ławki, trawę, obsikując okoliczne drzewa. Tymka niosę w tuli, nawołując jednocześnie sierściucha, który ani myśli iść przy noce, tylko krąży, skręca, zawraca, zostaje z tyłu.
Nawołuję więc co chwilę:

"Traaaaaa- viiiiis!"
"Traaaaa- viiiiis!"

Tymek, który uwielbia wszystkich naśladować, też bardzo chciałby krzyknąć na psa, szuka go wzrokiem, pokazuje go palcem i nawołuje, ale nie umie wymówić imienia Białasa. Próbuje, próbuje, jednak ciągle kończy się na wołaniu:

"Taaaaaaa.....to!"
"Taaaaaa....to!"

Przechodzący obok nas ludzie patrzą na nas z dziwnymi minami....

czwartek, 30 marca 2017

EJ!!!

Jemy obiad. Wszyscy razem, choć Tymonowi ledwie głowa wystaje nad stół - twardo jednak upiera się, żeby siedzieć z nami, na "dorosłym" krześle. Je także sam. Nie pozwala się karmić, nie daje sobie pomagać. Dziubie widelcem w talerzu, pomaga sobie ręką, wyjada ogórki, dopycha ziemniakami, ale jakoś omija mięso. Najwyraźniej nie ma na nie ochoty, więc Andrzej siedzący naprzeciwko zabiera mu je z talerza i przerzuca na swój.

Tymek dosłownie piorunuje go wzrokiem, widać, że chciałby coś powiedzieć, wyraźnie oburzony, ale niewiele jeszcze umie powiedzieć, więc rzuca tylko ostro:

"EJ!!!"

czwartek, 16 marca 2017

TYMCIO. DWADZIEŚCIA MIESIĘCY. MIGAWKI

Prawie dwulatek. Już widać. Złości się, wrzeszczy, rzuca w rozpaczy na podłogę. Ciska przedmiotami, które wie, że będzie musiał oddać. Wchodzi w fazę "nie" (pięknego, wyraźnego nie, które zastąpiło "yyyy!"

- "Tymciu, chodź zmienimy pieluchę
- Nie!
Tymciu, chodź się ubierzesz
- Nie!
Tymciu, proszę, chodź założysz spodenki i bluzkę
- Nie!
- Tymciu, a chcesz ciasteczko?
-Nie!
(chwila zastanowienia)
- Kak!"

***

Gdy Blanka płacze, Tymon biegnie do niej i ją przytula, głaska po włosach i pociesza, jak tylko umie. Co nie zmienia faktu, że najczęściej Blanka płacze, bo jej przywalił, albo ciągnął ją za włosy...

***

Tymcio uwielbia myć zęby. Z zapałem ciągnie mnie wieczorem do łazienki, pokazuje na szczoteczkę, rano to samo. Czasem i w ciągu dnia domaga się mycia zębów. Taki porządnicki. Albo pasta mu tak smakuje...

***

Tymio pragnie wolności. Na spacerach nie chce już jeździć w wózku. Wypuszczony, porusza się jak pijany zając. Wchodzi na schodki. Ucieka. Siada na środku chodnika, bo to przecież śmieszne. Zwykle ma koncepcję kierunku odmienną od mojej, dzięki czemu doskonale opanował nowe słowo, wypowiadane z furią: "PUUUUUUU(ść)!!!!!"

***

Gryzie. No gryzie gad. Dzieci w żłobku. Nas. Siostrę. Potrafi podejść do niej i bez żadnego powodu znienacka użreć w plecy. Gryzie, gdy nie może czegoś nam odebrać, albo gdy my jemu coś zabieramy. Gryzoń wstrętny

***

Naśladuje Blankę we wszystkim, czasem aż za bardzo. Gdy maluję Młodej paznokcie, nadstawia swoje paluszki. Gdy Blanka ma bluzkę z kotkiem, on leci do szafki, mówiąc "Gryyyyy!!!" i wygrzebuje swoją koszulkę z tygrysem.

***

Uwielbia huśtawkę i zjeżdżalnię. Śmieje się w głos, gdy idziemy na plac zabaw. A potem wynoszę siłą ryczącego, zrozpaczonego chłopczyka, który jeszcze po powrocie do domu stoi długo przy oknie, pokazuje paluszkiem i popłakując, mówi:
"Tam! Buju buju! Tam! Ziuuu!. Tam, buju, bujuuuuu!!!"





niedziela, 12 marca 2017

GRUNT TO METODA

Na starej szafie w przedpokoju nakleiłam jakiś czas temu fototapetę z czarno - białym zdjęciem zdjęciem mostu. Perspektywa, z jakiej jest zrobione, daje wrażenie, że można tam "wejść". Zastanowiło to ostatnio Blankę, która drepcząc przy szafie i niemal dotykając jej nosem, zaczęła deliberować, co by tu zrobić, żeby się tam dostać - tam, w zdjęcie, na most. 
Bo ona chce, bardzo chce, no jak to zrobić, mamoooo, tatooo - jojczyła, stukała głową w drzwi, robiąc sobie z nas żarty, więc po dłuższej chwili tłumaczenia, że się nie da, dałam spokój. 

A mój mąż, słysząc kolejne:

"Tatooo, ale jak tam wejść, do środka, na ten most, no powiedz!!!!'

rzucił z kamienną twarzą, zupełnie serio:

"Spróbuj z rozpędu..."

środa, 15 lutego 2017

TITU, KIKU, MNIU MNIU

Tymcio wkracza na nowy poziom - komunikacji językowej. Z każdym dniem pojawiają się nowe słowa... w jego prywatnym języku. A więc - żeby iść spać ("aaaaaa!" z odpowiednią intonacją) - niezbędny jest TITU (miś ), KIKU (kocyk) i MNIU MNIU (smoczek). Ten ostatni przydaje się zawsze, kiedy Tymek zrobi BAM i kiedy go coś wtedy BOII. Przy czym potrafi pokazać co i poinformować o tym fakcie (ostatnio była to niestety zapowiedź nadchodzącego rotawirusa; czy wspominałam już, że pieniądze na tę szczepionkę to najgorzej wydana kasa w moim życiu???)

Blanka to ANA (Blana) lub BANA. Nie mylić z BABAN, co znaczy banan - niedawno Tymcio polubił ten owoc i dość często się Go domaga, podobnie jak GOGO I KUKU (groszek i kukurydza) - ostatnio jak robiłam sobie sałatkę, zezarl mi dosłownie wszystko. Nie mylić z KAKU - słodyczką i KOKO - ptakiem. Każdym ptakiem, Tymkowi wsio radno, czy to struś, pingwin, czy sikorka za oknem. KOKO to także jego czerwona czapka z angry birds oraz .... ale od początku.

Stoi Tymek w kuchni przy blacie, pokazuje na garnek i powtarza jak mantrę:
KOKO, KOKO, KOKO...
Dłuższa chwila minęła, zanim zrozumiałam, że mój syn chciałby zjeść... gołąbka.
Zapytany, potwierdził, odpowiedział
KAK!!! (TAK)
Generalnie koleś wszystko rozumie, bo gdy pytam Andrzeja, gdzie położył sól morską i termometr (tak, znowu chore, oba), to zanim zdąży mi odpowiedzieć, Tymon już je przynosi lub pokazuje, gdzie leżą. Na pytania odpowiada energicznie kiwając głową lub nią kręcąc. Kiedy mu się coś baaaardzo nie podoba, macha mi łapą przed nosem, wygraża palcem, powtarzając NE NE NE!!!

Woła SISI, ale szcza w pampersa. Równie uprzejmie informuje mnie, że ma w nim "BE!". Woła mnie OĆ!!! (chodź) i klepiąc ręką w kanapę komenderuje - TU! TU! Pokazuje na włączniki światła i żąda CIKU (cyk i włączamy)

Zapytany, jak ma na imię, odpowiada GAGA. Wychowany w duchu gender kradnie siostrze lalki (JAJE! ) i się nimi bawi, robi im TULI. Naśladuje idealnie wszystkie zwierzątka, no dobra, może nie aż tak idealnie, bo konik według niego robi HAHA, a kotek HAŁU (nie mylić z pieskiem, który robi AU, AU)

No i rozkłada mnie na łopatki, kiedy przytula się do Blanki i mówi:
DZICI, DZICI (że niby oni to dzieci :-)

środa, 8 lutego 2017

INACZEJ

Czekałam ostatnio w Good Time, aż zwolni się szatnia. Przyćmione światło, świecie zapachowe, łagodna, cicha muzyka, miękka wykładzina, spływające na nią drapowane zasłony z ciężkich, pluszowych tkanin wydzielaly intymną przestrzeń i tworzyły buduarową atmosferę. Machinalnie zrobiłam telefonem zdjęcie; wyszło słabe, mam kiepski aparat; kolory pozbawione nasycenia, jak za mgłą.

 Trzeba skorygować, filtr nałożyć, skadrować, wkleić ramkę. Poprawioną wersję, oczywiście z odpowiednimi emotikonami, tagami "w cudownym nastroju", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa", "prezent od męża" opublikować, upublicznić, oznaczając miejsce.
Natychmiast. Niech wiedzą. Niech widzą. Kto? Najlepiej wszyscy. Niech zazdroszczą. Niech podziwiają. 
Powszechny przymus wewnętrzny. Imperatyw niemoralny. 

Siedziałam w aksamitnym, głębokim fotelu, czekając na masaż, powinnam napisać, aż się prosi, aż się samo ciśnie - otulona w miękki szlafrok. Miękki jak akasmit. Velvet. Do dupy...

Tyle słów zużytych, wyświechtanych, znoszonych i przydeptanych jak domowe laczki dookoła, na wyciągniecie ręki, języka. Tylko brać, epatować, zachwycać. Się i innych. Zadzieram kiece i lecę. Więc co pod spodem?

De facto szlafrok wcale nie był miękki.  Był świeżo wyprany, lekko szorstki i miał zerwane szlufki od paska.  Owinęłam się nim ciasno, bo w głowie natychmiast pojawiła mi się natrętna, silniejsza ode mnie wizja,  zobaczyłam, jak wstaję z fotela i poły rozchylają się, odsłaniając piersi puste i miękkie jak skórkowe portmonetki, a za nimi wypada spomiędzy poszarzałej lekko tkaniny frotte spóźniony brzuch, jakby wołał do piersi "poczekajcie, przecież jestem dla Was wsparciem!". Już widziałam, jak wypływał jak wyrośnięte, choć ciągle surowe, drożdzowe ciasto, przelewał się przez krawędź rozsuwającego się, opadającego paska. 

Pewnych obrazów nie umiem się pozbyć, zawsze wygrywają, wypływają jak spienione brudy na sfermentowanych zlewkach, w których moja bardzo, bardzo stara babcia myła talerze. Daj, ady potoknę, jużem potoknęła, mówiła i płukała je w wiadrze ciepłej jeszcze kluszczonki. Metalowy, emaliowany zlew był dla niej aż do śmierci zwierzęciem obcym i nieoswojonym. Dla mnie - basenem pełnym piany, do którego wskakiwały na główkę dzielne widelce, w którym topiły się małe, bezbronne, płaczące łyżeczki, którym na pomoc skakały bohaterskie mamy łyżki. Wśród obijających się o siebie z brzękiem szklanych burt kołyszących się na wodzie szklanek, dryfowały wklęsłe wyspy talerzy. Na ich brzegach kwitły ręcznie malowane, różowe róże, wiły się i przeplatały z niezapominajkami.

Gdy byłam dzieckiem, jadałam zupę tylko i wyłącznie z ziemniakami. Kluski były nudne, nie pozostawiały żadnego pola wyobraźni. W ubitej wyspie tłuczonych z masłem kartofli, oblewanych przez czerowne morze pomidorówki,  drążylam tunele, kopałam kanały, rzeki, jeziora, by w końcu zatopić ją jak mityczną Atlantydę.

Nie baw się jedzeniem. Nie czytaj przy stole. Nie grab się. Nie pyskuj.  Dzieci i ryby głosu nie mają. Zobaczysz, ręka Ci uschnie. 

Jej też nie umiem sie pozbyć. Siedzi mi na karku, zagląda przez ramię i gdacze, i gdera moim, choć dziwnie znajomym głosem. Rzyga wyświechtanymi, zużytymi frazami, które nagle wzbierają, podchodzą mi do gardła. Mimowolnie. Wyskakują jak diabeł z pudełka, prostą w dziecięcą twarz, chwilę kołysząc się na zardzewiałej sprzężynce, w końcu zastygają. Czy ty zawsze musisz? Ile razy można Ci powtarzać? Dociera co Ciebie w ogóle to, co mówię? Do Ciebie się mówi jak do ściany. 

Dochodzę do niej i się zatrzymuję. Ani obejść, ani przeskoczyć. Czekam przebrana. Za nią czeka na mnie łóżko i delikatne ręce pełne dotyku. W łydce łapie mnie skurcz. I w gardle. Lepiej nie myśleć za dużo. Niedobory ma Pani. Magnezu i wapnia. I dotyku, dodaję w myślach. Dobra, pora iść, wsuwam telefon z nieudanym zdjeciem do kieszeni szlafroka. Niczego nie publikuję. Nie zamieszczam. Nie ogłaszam. Historyk, który uczył mnie w liceum, zawsze kończył lekcję wyluwając serię słów: "Pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje, dezyderaty słucham". Wtedy mnie to śmieszyło. Teraz mam ich w nadmiarze, zalewają mnie pytania, wnioski, uwagi, opinie, zgłoszenia, interpelacje i wewnętrzne dezyderaty.

Pogadałabym. Ale bez filtra. Zaciągnęłabym się mocno i glęboko długą rozmową. Zajrzałabym za tagi i statusy "cudownie", "wspaniale", "zrelaksowana", "szczęśliwa". Za kulisy. Za kadr. Za ramy obrazów, na których napisana sarna biegnie przez napisany las. Ale z kim? I kiedy? Może teraz. Może jutro. Może nigdy. Może już pora?

Pora na dobranoc, bo juz księżyc świeci. Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci. Tymek wziął do żłobka Blanki misia i zgubił. Gdy wychodziliśmy, Pani przyniosła dwa inne, bardzo podobne, też białe z kokardką, dałam mu jednego, mówię mu, że to ten, zobacz, to ten, Twój miś, kłamałam, moja wina, moja bardzo wielka wina, śpieszyłam się. Tymcio burknął, że yyy!!! ( nie ten!) i odniósł do sali.

Pora spać. Najwyższa.

Pora umierać (Sto lat, Pani Danuto, spóźnione życzenia, usp,  nietaktowne, dwieście lat na te 102 urodziny).
Pora na telesfora.
Już pora. Sama nie wiem, na co. Jeszcze. Ale wiem, że już. Dowiem się, choć nie odróżniam pora od selera, zawsze mi sie myliły. 
Już pora, zapraszam na masaż. 
Wstaję i idę. Dobry początek. 


wtorek, 31 stycznia 2017

ZWYKŁA MAMA Z GALARETKĄ

Wygłupialiśmy się ostatnio na łóżku w trójkę. Dzieci tarzały się po mnie, przepychały, zaśmiewały; w pewnym momencie Blanka oparła głowę na moim brzuchu, trząsł się od śmiechu, rechotałam tak, aż jej podskakiwała czupryna. Po chwili Młoda stwierdziła - "Mamo, masz brzuch jak galaretka!". Wczoraj z kolei, kiedy sie bawiłyśmy, założyłam sobie na głowę jej plastikowy diadem z plastikowymi diamentami. /popatrzyła na mnie, lekko zdegustowana i podsumowała mnie krótko: "I tak wyglądasz jak zwykła mama!"

Myślę o tych dwóch sytuacjach i uśmiecham się, trochę smutno, że to już. Już się zaczęło. 


czwartek, 26 stycznia 2017

NAGLE I NIESPODZIEWANIE

Pakowałam ostatnio do wielkiego kartonu malutkie ubranka po Tymciu. Body, spodenki, bluzy, pajace. Niektóre pamiętały jeszcze czasy małej Blanki. Składałam wyprane i wyprasowane ciuszki w kostkę, układałam i było mi dziwnie smutno. Zamykałam kartonowe pudło i pewien etap, do którego już nie wrócę, który już się nie powtórzy. Z jednej strony dobrze, bo był dla mnie bardzo trudny. Z drugiej strony - źle, a dokładnie - smutno, bo poczucie upływającego czasu jest dojmujące.

Zamawiałam nowe ubrania, dla blisko sześcioletniej Blanki, wysokiej i chudej jak patyk w rozmiarze 128, bo ostatnio ze zdziwieniem odkryłam, że wszystkie bluzki, które jej kupiłam we wrześniu są za krótkie; gdy podniesie ręce do góry, świeci gołym brzuchem. Ze zdziwieniem odkryłam, że kolejny rozmiar to już kolekcja dla nastolatek, którą moja córka zaczyna coraz bardziej przypominać...

Blanka z małego dziecka przeobraziła się w dziewczynkę, smukła, wysoką, składającą się w większości z długachnych nóg, mierzy 120 cm, nosi buty w rozmiarze 31, Tymek 24. Młody też śmignął w górę, z małego pupeta zmieniał się małego, półtorarocznego chłopca. Przerósł o głowę niemal wszystkie dzieci w swojej żłobkowej grupie, nosi rozmiar 98. Na dwa, trzy lata. Nadal mówi niewiele, zupełnie tak jak jemu ojcu, żeby się skomunikować z otoczeniem, wystarcza mu dziesięć słów.
Plus repertuar dźwięków w stylu: cmokanie - "Pies, chodź tu, wołam Cię!!!", pociąganie nosem - "Daj mi chusteczkę/ręcznik, będę wycierał nie tylko nos, także to, co rozlałem" , siorbanie - "Daj mi pić". Aaaa, przepraszam, jednak coś tam przybyło w tym słowniku, pojawiły się dwa nowe - "baju!" - tu szkolenie siostry zadziałało bezbłędnie, wystarczy hasło intrygantki i Młody leci i pyk, włącza telewizor paluszkiem, patrzy, oooo, nie ma obrazu, otwiera więc szafkę, cyk, uruchamia dekoder, zamyka i zasiada z siostrą na kanapie. Blanka od razu z niewinną miną się asekuruje, rzucając: "Ale to Tymek włączył!"

I drugie - "Kaku!!!". W którąś sobotę Młody pół dnia za mną chodził, zawodząc niemal z płaczem - "kaku, mama, kaaaaakuuuu!!!!". Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Drogą eliminacji udało mi się jednak w końcu ustalić, o co kaman. O coś słodkiego... Gdy zapytałam Młodego: "Tymciu, czy kaku to cukierek?", ten z radością pokiwał głową.

Albowiem Młody rozumie wszystko, tylko z gadaniem licho. Blanka szkoli go jak może, uczy, także tego, czego nie powinna, np. skakania po łóżku - Młody z zapałem wdrapuje się na nie i próbuje pokracznie podskakiwać, pokrzykując do tego "Hapa!!!!" ( że niby hopa). Nie zraża go niestety fakt, że kilka razy strzelił już łbem w ścianę, a ostatnio spadł. Taki alpinista, zaczynam wierzyć w reinkarnację, tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego akurat do nas trafiło kolejne wcielenie Jerzego Kukuczki???
Kilkanaście razy dziennie zdejmuję Tymka z biurka, z blatu w kuchni, z parapetu, ze stołu, z piętrowego łóżka. Ostatnio przyłapałam go na oparciu kanapy, po którym próbował się wdrapać na regał. Małpiszon jeden.

Patrzę tak na nich, jak już zasną, bo wtedy kocham je najbardziej i zastanawiam się, jak to się stało,
że nagle i niespodziewanie mam już takie całkiem spore dzieci?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

BABA

Pojechaliśmy złożyć życzenia. Tymon długo, badawczo i bez uśmiechu przyglądał się mojej teściowej. Dość szybko jednak zlazł z moich kolan i zajął się eksploracją nowych terytoriów - otwierał i zamykał drzwi, wchodził, wychodził, wdrapywał się na kanapę. Coś tam gadulił w swoim języku, więc babcia, niezrażona jego ubogim słownictwem, postanowiła z nim trochę pokonwersować. Na początek zapytała:

"Tymusiu, gdzie jest mama?"

Młody odszukał mnie wzrokiem, uśmiechnął się szeroko, niezbyt kulturalnie wskazał pacem i oznajmił:

"Tam!"

Babcia, zachęcona powodzeniem, pytała więc dalej:

"Tymusiu, a gdzie jest tata?"

Młody bezbłędnie zlokalizował ojca, również skierował w jego kierunku paluszek i szeroko się uśmiechnął.

W tym momencie do rozmowy wtrąciła się Blanka i zapytała Tymka:

"Tymciu, a gdzie jest babcia, pokaż, gdzie jest babcia!"

Młody stanął zdezorientowany, nie rozumiejąc kompletnie, o co chodzi siostrze, która, próbując u pomóc, uprościła pytanie:

"Tymciu, pokaż, gdzie jest baba?"

Młody zakumał, uśmiechnął się szeroko, słysząc znajome słowo i bezbłędnie wskazal palcem

... na zawartość swojego nosa. 

wtorek, 3 stycznia 2017

FAJERWERKI

Blanka tym razem przespała północ. Tymon za o wybudził się, przerażony, zdezorientowany, kompletnie nie wiedział, co się dzieje, bał się huku bardziej niż nasz pies, który już od wczesnego wieczoru okupował łazienkę, gdzie było najciszej. Młody dosłownie trząsł się ze strachu i długo po północy, leżąc z nami w łóżku, po każdym wystrzale siadał i oznajmiał nam: "O! o! o!" Zasnął biedak przed drugą dopiero, za to Blanka spała jak suseł.

Rano nie mogła odżałować, że przespała północ i fajerwerki. Pokazałam więc jej w telefonie jeden z filmów z pokazami sylwestrowych sztucznych ogni. Popatrzyła chwilę, zachwycona i powiedziała:

"Jak płonący las mamo..."