czwartek, 25 sierpnia 2016

BARDZO ZDOLNE DZIECI. BARDZO

  
Jakiś czas temu Blanka nauczyła się pisać...


Brat idzie w jej ślady...
Update: zapomniałam dodać, ze pierwszy i trzeci rysunek to malowidła chmmm. .. naścienne. ..

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

A DZIADEK...

Wracamy w ulewnym deszczu, w szyby auta tłuką rzesiste strugi, ulica płynie rzeka. 
Blanka wygląda oknem, patrzy, o czymś myśli i nagle, bardzo smutno stwierdza: 

"A dziadzius tam moknie..."

Zamieramy na moment. 
Po chwili pytam: 

"Gdzie Blanus? 
"No, pod ziemią "

- wyjaśnia mi, jakbym niczego nie rozumiała. 

piątek, 19 sierpnia 2016

O tym, że zawsze, no zawsze...


Pielucha, gdyby się postanowił obesrac. Krem, bo bez niego zaraz tyłek podrazniony.  Zwykła pielucha metrowa. Mokre chusteczki, bo wszystkiego trzeba dotknac. Zwykłe chusteczki, bo slini się na potęgę. Woda dla Blanki, no musi, musi być. Woda w butelce dla Tymka, bo niby umie pić z butelki ale potem trzeba przebierać. Słoik z deserem lub zupa, gdyby zgłodnial.  Łyżeczka, bo palcem mu przecież nie dam. Jabłko lub banan, bo jak Tymek je, to ona natychmiast robi się głodna. I odwrotnie. Chrupki. Wafle ryżowe, gdyby chrupki nie wzbudziły entuzjazmu. Koszulka na zmianę, najlepiej dwie, bo z paszczy się leje jak ze slinospadu. I spodnie. Buty, bo buty w wózku to zło, w nim się jeździ w skarpetkach. Bluza, gdyby się ochlodzilo.  Klucze. Smycz. Srajtorebki,  czyli coś na produkty labowej przemiany materii. Telefon. Portfel. Torba na zakupy. Torba zabawek do piachu. No i smoczek, który gad wywala po drodze, a potem beczy, ze nie ma. 
Na pewno o czymś zapomniałam. Zawsze zapominam, zawsze czegoś nie mam. 

Chce zrobić zakupy i wtedy odkrywam, ze nie mam torby. Nie wezme portfela zawsze wtedy, gdy Blanka koniecznie chce na lody. Wyjdę bez wody, tylko na chwilę, a ona sto metrów od domu ryczy, ze chce jej się pić. Nie wezmę żadnych przekasek,  no bo przecież dopiero był obiad - jeść, natychmiast jeść, tu i teraz, bo ona jest głodna, taka głodna, ze nie wytrzyma. Zapomnę o mokrych chusteczkach - to usmaruja się,  jego i drugie, uwala jak dzikie świnie. Nie wezmę pieluchy, ten jeden, jedyny raz, bo przecież kupę robi tylko rano - obesra się od góry do dołu na samym środku placu zabaw. 
I tak cały czas. 
Codziennie. 
Zawsze chcą ode mnie tego, czego akurat nie mam, nie mogę im dac, o czym zapomnę, co przeocze,  pominę. 

I choć wychodzę codziennie obladowana jak koń juczny. Matka wielbłąd,  z garbem na plecach, zgieta w pół jak pogrzebacz. 
Zawsze czegoś nie mam, zawsze czegoś mi brak, a oni zawsze tego czegoś chcą.

Jestem matka wybrakowana. 



środa, 17 sierpnia 2016

TO COŚ

"Mamo, mamo, chodź, muszę Ci coś pokazać, musisz to zobaczyć !"

Kroję pomidory w kuchni i myślę sobie, z głębokim westchnieniem, że ona ZNOWU czegoś ode mnie chce. Odkrzykuje, zaraz przyjdę. Nie odpuszcza. 

"Mamo, maaaamooo,  no przyjdź! "

Odkładam nóż i idę. Blanka pokazuje mi okno i niemal krzyczy: 

"Widzisz, widzisz!!!?" 

Nic nie widzę. Jestem zmęczona i muszę ugotować pomidory. Nie rozumiem, o co jej chodzi, nie wiem, czego znowu chce, nic nie widzę. Rzucam więc, poddenerwowana: 

"Co mam widzieć? "

Blanka nie rozumie. Nie rozumie, jak mogę nie rozumieć, nie wiedzieć, o co jej chodzi i nie widzieć. 

"Mamooo, te chmury, no zobacz, te chmury! 
One wyglądają jak PODARTE "

Wyglądam oknem. Faktycznie. Na granatowym niebie białe strzępy chmur, podświetlone przez księżyc w pełni. 
Przepiękne.  

Smutnieję.
Ona to ma, to coś. 
Ja nie. 
Już nie. 

piątek, 12 sierpnia 2016

O PREDATORACH

Co to ja chciałam... nie pamiętam. 

A, że Młody nie śpi, napisać. No nie śpi i chuj.  I to wcale nie damski, a murzyński.

Nagle i niespodziewanie przeszedł na jedną drzemkę i śpi raz, w południe, godzinę, z zegarkiem w ręku. A potem zasuwa do dwudziestej jak nakręcona zabawka. Pada po kąpieli, za pierwszym razem to się poważnie zastanawiałam, czy przytomności nie stracił, tak odleciał.  Ale żeby nie było budzi się o 1 (a wcześniej kilka razy przebudza), siada w łóżku, bardzo zdziwiony, że wszyscy śpią i zgłasza protest, bo on przecież  zakończył właśnie drugą drzemkę, więc minę ma pod tytułem "hallloooo, ale o co chodzi, gdzie impreza, ja się chcę bawić!!!" I tarza się po wyrze do bladego świtu. Musze siedzieć obok, bo jak oddalę się na krok, uderza w ryk, geolokalizacja mu się załącza i go informuje, że się przemieściłam, bo skradam się dosłownie jak ninja. Nic z tego. Waruję więc przy łóżeczku na krześle lub podłodze, wspominając rzewnie, jak to się kiedyś dziwiłam mojej koleżance z pracy, gdy mówiła, że zdarza jej się spać całą noc obok łóżka synka... 
Jak to człowiek w bezdzietnych czasach nie rozumiał oczywistych przecież rzeczy, jak ta, że wszystko jest lepsze od ryku...

Zwłaszcza o piątej rano. 
Tylko co zrobić z krasnoludnkiem, który wstaje, pardon, on się budzi i robi aferę, no bo on jest nie-wy-spa-ny!!! Więc się drze, bo spać mu się chce! Ale zasnąć nie może, no bo przecież on już wstał! Więc jak to! Tarza się, miota, kręci, podpiera nosem, głową i dymi. Czasem zasypia po dwóch godzinach. A czasem nie.

Jakim, kuźwa cudem, załapałam się dwa razy na tę samą promocję, gdzie była ta kolejka, co się w niej nie ustawiłam, gdzie dawali normalnie śpiące dzieci??? Już nie wspomnę o tym, że budzi go wszystko.  Na przykład - przechodzący pies. Drapiący się pies. Chrapiący pies. Oddychający pies. Ruch powietrza, gdy pies macha ogonem...

I pomyśleć, że te wakacje miały być takie piękne. Wspólne, spędzone razem, Blanka nie chodzi do przedszkola, za to chodzi już Tymek. Nie, nie do przedszkola, zapitala po chacie na tych swoich tłustych nóżkach. Choć lepiej pasuje tu określenie "wywala się o wszystko, co na podłodze, z przewagą własnych nóg" (choć i utensyliów rozmaitych gatunków rozsianych hojną ręką obojga na podłodze nie brakuje, wręcz uważam, że aż zbywa) jest zdecydowanie lepsze. A najlepsze jest to, że ulubioną zabawą Blanki, od momentu, gdy jej młodszy brat uzyskał upragnioną mobilność, jest... gonienie go, zwykle połączone ze straszeniem.

Tymka w sumie też to bawi, cieszy się jak głupi, bo tylko głupi by się cieszył, gdyby mu siostra ryczała nad uchem "Znikaj z mojej planety!!!!", ale tylko do momentu, aż się wywali. I zaleje łzami. I krwią. Już trzy razy w tym tygodniu miał rozciętą wargę. Jak on te swoje zębole w trybie naturalnym wymieni na zęby stałe, to ja się zdziwię. 

Tak jak jak zaniemowię ze zdumienia i długo pewnie nie będę mogła wyjść z szoku, gdy uda mi się przeżyć jeden dzień bez awantury i wrzasków. Wiem, pomarzyć można, a kto mi zabroni, zwłaszcza, że 
Młody akurat wszedł w fazę, że wszystkiego domaga się wrzaskiem. Zobaczy coś i w krzyk, bo on to chce!!! NATYCHMIAST! Pokazuje łapą i wali z decybeli ile fabryka dała. I tak dzień cały. 
Na moje skołatane nerwy to zdecydowanie za dużo. 

Chowamy się przed nim z żarciem, niedługo w kiblu będziemy jeść obiady, bo tego pisku nie da się znieść dosłownie. A wielu rzeczy jeść nie może, bardzo silnie na przykład uczula go surowe mleko, po kontakcie z nim dostaje pokrzywki, puchnie w oczach, kicha, płacze i trze buzię, to tak na marginesie, jedno z ostatnich moich odkryć. Tylko jak mu to wyjaśnić, widzi mizerię i nie odpuszcza, drze się tak, że kryształy w krednesie pękają u sąsiadów z dołu. Niestety, etap "mamo, poproszę, daj mi to", jeszcze przed nami... Dzień w dzień wyglądam wizyty MOP-su i dzielnicowego, albowiem dźwięki dochodzące z naszego mieszkania mogą sugerować, iż małoletni są tu dręczeni, męczeni, bici, przypalani, obdzierani ze skóry żywcem i posypywani solą. Gruboziarnistą.

Żeby nie było, że tylko Tymek taki zdolny, prym wiedzie Blanka, jednym z powodów jest to, że z kolei ulubionym zajęciem Tymka jest zabawa w Indian, choć zdecydowanie nie jedynym. 

Taka sytuacja na przykład. Siedzi sobie Blanka obok łożka, ogląda książkę, cicho i spokojnie w domu, więc wiadomo, że zaraz się coś wydarzy, a i owszem, skrada się Tymol, zachodzi od tyłu i zaciska tłuste paluszki na Blanki włosach i dalej zdejmować siostrze skalp z głowy, na żywca, mimo zdecydowanych protestów skalpowanej. I nie puści, predator jeden, włosy sisotry zwykle puszczają pierwsze. I zostają w Tymolowych rączkach, całe pasma. Boli mnie od samego patrzenia na to. A uszy od słuchania tych wrzasków, pisków i krzyków, zwykle w okolicach dziesiątej mam ich ochotę wstrzelić w kosmos, jak mi się uda dociągnąć do dwunastej bez obłędu i łez w oczach, to sobie gratuluję, a jak do piętnastej bez żądzy mordu, to sama sobie biję brawo. Głównie za to, że nad nią zapanowałam, nad tą żądzą, nad tym pragnieniem, by wyjść z domu po papierosy i wrócić za piętnaście lat. 

Czy mówiłam już, że nie palę? 

Głównie dlatego, że w moim domu rodzinnym palili wszyscy oprócz mnie i psa, ale to już inna historia. 
Jedna z wielu, których tu nie opowiadam. 

czwartek, 28 lipca 2016

ROCZEK

No i już. Zleciało. W sumie ponad dwa tygodnie temu. Tymcio skończył rok. Z poczucia kronikarskiego obowiązku donoszę: waga - nadal 12 kg, odkąd Młody zaczął się więcej ruszać, wyszczuplał. Zębów nadal osiem. Rozmiar buta 22. Wzrost 92 cm. 
Duży chłopak. 

Do tego czupryna w kolorze świński blond, szare oczy i uśmiech na pysku. 
Komunikatywność - a i owszem, praktycznie wszystkie żądania, prośby załatwiane są krótkim, rozkazującym "A!!!" połączonym z pokazaniem łapką, czego chce. Zwykle niezbyt precyzyjnie, więc weź się matko domyśl, czego syn sobie życzy. Bo jak nie to, krzyk. Coraz głośniejszy, w myśl zasady - "Przecież Ci pokazałem, o co mi chodzi, no daj mi!!!". 

Inne słownictwo ubogie. Mama tylko jak jest strasznie nieszczęśliwy, tata od czasu do czasu i "ne, ne, ne" połączone z kręceniem głową na boki, dla podkreślenia odmowy. Na razie wystarcza, dogadujemy się. 
Zwlaszcza, że koleś z typu, co to nie zgłasza większych roszczeń, o ile najedzony, napojony i wyspany. 
Tymcio pije mleko i wodę, zupełnie jak zwierzę, a je to co lubi. To, czego nie lubi, wypluwa. Choć gusta mu się zmieniają, ostatnio zapałał miłością do arbuza, którego wcześniej nawet nie chciał wziąć do pyska. 
Choć jego samodzielne spodziewanie trudno nazwać jedzeniem, raczej to kąpiel w arbuzie. 

Uwielbia jabłka. W całości, ze skórką, której pozbywa się, wypluwając, przez co roboczo jest nazywany w domu "jabłkogryzarką". Ulubione danie - mięcho i kartofle, z naciskiem na to pierwsze. 
Niestety na czas jedzenia psa musimy zamykać w łazience, albowiem Tymon odkrył, że Travis działa na żarcie i mu daje. A potem ryczy, zdziwiony, że nie ma, bo pies mu zjadł. Dziecięca logika zawsze mnie porażała... 

Śpi nadal dwa razy dziennie, o dziesiątej i o piętnastej. W zależności od warunków, od kwadransa, do dwóch godzin. Budzi go wszystko, nawet przejście psa pod pokojem. O siostrze nie wspominając. Tę uwielba. Głownie szarpać za włosy i gryźć, wywalać jej zabawki i uciekać z nimi w zębach. 

Tak uciekać. 
Tymon chodzi. Zaczął dzien po ukończeniu roku. Wcześniej robił po dwa, trzy kroczki od mebla do mebla, aż przyszedł ten dzień, kiedy się odważył i ruszył przed siebie. Z wysoko uniesionymi rękami, na szeroko rozstawionych nogach, pokracznie, ale idzie. Ilość guzów na buzi znacznie wzrosła, nie zraża go to jednak. Umie już nawet wstać bez przytrzymywania się ściany lub mebla, nawet chodzenie po piasku na placu zabaw opanował. Na razie bez butów, buty to zło, ich założenie równa się ryk i natychmiastowy demontaż tego czegoś, co mu zła matka do stóp przyczepiła. 

Wszystko go interesuje, ciekawi. Pstryczek zapalający światło, pies, gazety, książki. Zawartość szafek, które bebeszy za zapamiętaniem. Fascynuje go łazienka, zapewne dlatego, że nie wolno mu tam wchodzić. Kiedy tylko zobaczy uchylone drzwi, leci pędem. I rozpacza, gdy zamknę mu je przed nosem. 
Ryczy, ryczy, wyrzeka, ale tylko moment - wystarczy, że zainteresuje go coś innego i natychmiast przestaje. 

Fascynuje go siostra. To ona umie go rozbawić tak, że śmieje się w głos, to za nią łazi jak pies. Robi żółwika, pa pa, przybija piątkę, bije brawo. Nas próbuje naśladować, co wiąże się z tym, że każdy kosz przed opróżnieniem należy dokładnie sprawdzić, bo Tymol wyrzuca do niego klocki, kredki, zabawki. Zabiera nam klucze i usiłuje je włożyć do zamka. Kradnie ojcu młotek i także próbuje nim stukać, szkoda, że w okno balkonowe. Wyciera podłogę zanlezionymi papierkami. 

Jest pogodny i ciekawski. Na plazu zabaw podchodzi do dzieci, zaczepia je, próbuje się bawić. Nazwamy go "piaskową Godzillą", bo każda babka, którą zrobię wyzwala w nim natychmiastową chęć zniszczenia. 
Ot, mały rozbójnik. 

niedziela, 3 lipca 2016

KLEPTOMAN

Robiliśmy jakiś czas temu zakupy w warzywniaku. Tymka w wózku zostawiłam przy drewnianych pakach z owocami i poszłam zapłacić. Wracam, ludzie się śmieją, a Tymol spokojnie obgryza jabłko, które sobie wyjął ze skrzynki. Takie nieumyte, ze skórką, a co. Znalazł sobie. 

Więc w piątek, gdy poszłam znów tam po zakupy, postawiłam go przezornie z daleka od owoców. Wyjeżdżam już na chodnik, zaglądam do wózka, patrzę, a Tymol znów coś żre. 

Ogórka tym razem sobie znalazł.
I skonsumował.
Szkoda, że ponownie bez płacenia. 
Postanowiłam, że następnym razem kleptoman czeka przed warzywniakiem

Wczoraj poszliśmy do pobliskiego spożywczego, bo Andrzej miał ochotę na coś słodkiego. Kupiłam kawałek ciasta, wytaczam się z wózkiem przed sklep, patrzę, a ten Gad znów coś trzyma w łapie i pracowicie obrabia zębami.

Gwizdnął z półki przy kasie mentosy. Wydarłam mu z ręki i chciałam oddać, ale niestety zdażył już je trochę przemielić. Musiałam więc wrócić i zapłacić, zostawiając przed sklepem ryczącego, bardzo rozżalonego Tymka, zalewającego się łzami. 

No bo przecież on sobie znalazł.
Sam
A ja mu zabrałam!!!

Chmmm jest szansa, że już by się sam wyżywił w mieście.
Co nie zmienia faktu, że rośnie mi kleptoman.