piątek, 16 września 2016

MOMENTY

Pamiętam ten moment. Wieczór. Czytam przy lampce i jednocześnie myślę o planowanym criotransferze. O swoim małym, uporządkowanym świecie, o pracy, o Blance i tak bardzo boję się zmian. Jest dobrze, spokojnie, wszystko zorganizowane, poukładane. Czuję lęk już na samą myśl o drugim dziecku, bo jeszcze doskonale pamiętam, jak ciężko było mi właściwie samej z moją maleńką córką. A jednocześnie zastanawiam się, jakie bedzie to drugie dziecko i ...czy w ogóle będzie? A jak nie będzie? Robi mi się pusto i smutno na samą myśl o takiej ewentualności.

Pamiętam ten moment. Siedzę na blacie w kuchni i mówię mojej przyjaciółce, że jestem po criotransferze, jakby tłumacząc się, dodaję, że musiałam je zabrać, te zamrożone zarodki, że nie wiem, czy to dobry pomysł, ale pewnie i tak nic z tego nie będzie, to się przecież nie może udać

Pamiętam ten moment. Półleżę na łóżku w idealnie wysprzątanym mieszkaniu, jest późny, niedzielny wieczór. Planowe cesarskie cięcie za kilkanaście godzin. Blanka śpi spokojnie w swoim pokoju, a ja myślę, że od jutra już nic nie będzie tak samo, że wszystko się zmieni, że cała nasza mała stabilizacja wywróci się do góry nogami i  trzeba będzie wszystko układać na nowo. Boję się i jestem ciekawa, jak będzie, choć jednocześnie mam świadomość, może niepełną, ale mam - że tego sobie nie można wyobrazić.

Otwiera oczy. Patrzy na mnie i uśmiecha się. Jasne, trochę przydlugie włosy spadają mu na czoło ze śladem po guzie. Tarza się po moich poduszkach w granatowej piżamie w białe gwiazdki, przekłada z boku na bok, wciera w pościel. Widać, że nie chce mu się wstawać. Gryzie smoczek. Biorę go na ręce i stawiam na podłodze. Ma tłuściutkie, pulchne stopy, którymi zabawnie plaska o panele.
Leci do wózka, wie, gdzie wożę im przekąski. Wyciąga pustą torebkę, szuka, szuka, grzebie w niej paluszkami, w końcu przychodzi do mnie, rozkłada szeroko, bezradnie raczki i ze skargą w głosie powtarza kilkakrotnie:

"... ma! .... ma! .... MA!" ( nie ma!)

"No nie ma, skończyły się" - mówię. 

A on jest. Biega mi po domu taki mały człowiek. Rośnie. Zafascynowana obserwuję, jak dosłownie w oczach, powstają mu nowe synapsy i neurony w tej małej głowie. Jak łączy się w niej A z B, lewa strona z prawą, a przyczyna ze skutkiem.
Fascynujące, cudowne - że jest. Jednak jest.
Tymcio.


wtorek, 13 września 2016

A JEDNAK UGRYZŁ...

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem. 

Nigdy nikomu nie zrobił krzywdy. Owszem, jest niezdarny, popycha, czasem jest nieznośny, ale nigdy, przenigdy nie startował do niego z zębami.

Więc dziś, kiedy zobaczyłam kątem oka, co się dzieje zamarłam i wrzasnęła przerażona:

"Zostaw! Nie rusz!

TYMON, NIE GRYŹ TRAVISA!!!!"

(zatrzymał się na sekundę, po czym z szelmowskim błyskiem w oku zacisnął zęby na psim uchu...
Śpiący snem sprawiedliwego pies zerwał się na równe łapy ze skomleniem i uciekł do łazienki)

Naprawdę, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem...




NAUKA PRZEZ NAŚLADOWANIE

Tymcio sam pije z kubka. Sam je łyżką i widelcem, pomagając sobie łapą, gdy mu żarcie wypada. Tylko z zupą jeszcze sobie nie radzi. Siedzi z nami przy stole i robi to co my. 
Tymcio wyciąga z półki smycz i przytyka ją Travisowi do grzbietu. Bierze skarpetki i przykłada sobie do nóg, przykłada, przykłada i złości się, no bo jak to było?
Tymcio zabiera mi szczotkę i jeździ z nią po chacie, pracowicie rozwalając to, co wcześniej ja zmiotłam. Zabiera Andrzejowi szpachelkę, którą gipsował pęknięcia w ścianach i próbuje robić to samo. 
Szura po podłodze rurą od odkurzacza. 

Piszczy zupełnie tak jak Blanka i zwykle sekundę, dwie po tym, jak ona wyda z siebie dziki wrzask. 

Widać, jak uważnie nas obserwuje i jak bardzo chce robić, to samo, co my

Kiedy usłyszłam Blankę wołającą: "Mamo, mamo, Tymon wrzucił Twój telefon do kibla!!!", pobiegłam ratować. Ale było już za późno, mimo tego, że szybko wyjęłam i osuszyłam. Zdechł. 
Nie powiedziałam nic, nie odezwłam się nawet słowem, co sobie pomyślałam, to moje. Po prostu podeszłam do ściany i z wściekłości, przywaliłam w nią bezsilnie łbem. Trzy razy. 

Po czym usłyszłam za swoimi plecami, jak mój mąż śmieje się dziko i każe mi na spojrzeć. 
Zeknęłam w dół i zobaczyłam Tymka...

stukającego łebkiem w ścianę :-)

niedziela, 11 września 2016

PLACOWE I NIE TYLKO

Tymon był w żłobku dwa dni, pierwszego poszedł z Panią bez większych protestów, nie bardzo ogarniając, co się dzieje. Płakał, ale uspokajał się przy jedzeniu i konsumował, co dali, więc podstawowe funkcje życiowe zachował. Drugiego dnia już załapał, o co kaman i buchnął rykiem na sam widok sali. Odebrałam po trzech godzinach pociągającego nosem biedaka, który jeszcze dobrą godzinę w domu pochlipywał przez sen.
Trzeciego dnia Tymon zaczął produkować kisiel nosem i przez tydzień kiblował ze mną w domu, doprowadzając mnie do obłędu, bo Andrzej miał popołudnia, więc wracał do domu w okolicach dwudziestej trzeciej. A Tymcio bije rekordy w wymyślaniu sobie nowych zabaw.

Zarzuca sobie na łeb ciuchy siostry, ukradzione z suszarki i tak wędruje po domu, co zagraża jego zdrowiu i urodzie. Ewentulanie pracowicie przepycha je przez pręty balkonu, celem sprawdzenia, czy grawitacja nadal działa. Spadającym rzeczom robi "pa, pa", zresztą nie tylko im. Paniom w sklepie, ojcu, siostrze, pani w aptece, pani na przejściu dla pieszych. Także rzeczom umieszczanym w kiblu. Końcówce od odkurzacza, Blanki lalce, jabłku, klockom lego i mojemu telefonowi. 

Tak, wrzucił mi telefon do kibla. 
Jebany, mały gnom. 
Kurwa. 
Telefon oczywiście umarł. Będzie płacił dupek. Odejmę mu z 500 plus.

Tylko wychodzenie z domu na pobliski plac zabaw ratowało ( i ratuje ) mnie przed obłędem. Dzieci wolnowybiegowe to jest to. Jedno co prawda przesiaduje uparcie na drzewie, w różowych baletkach i tiulowej spódnicy z brokatem, nie ma to jak stylowy design, dopasowany do sytuacji, a drugie spierdziela przede mną kaczym truchtem, śmiejąc się szatańsko, ale to i tak lepsze niż siedzenie w domu. 

Co nie zmienia faktu, że obserwacje placowe sprawiają, że zastanawiam się coraz częściej, czy w tym domu nie pozostać. Na stałe. Barykadując drzwi szafą. Gdańską, trzydrzwiową. Nie mam, ale kupię, specjalne ku temu. Nie wiem, co się dzieje, coś z moim łbem, czy tych ludzi już popierdoliło do końca? 

Tak zdecydowanie nadużywam wulgaryzmów, być może to efekt okolicy, w której zamieszkuję, tak zwane ścisłe centrum, co niestety w moim mieście nie oznacza nic szczególnie atrakcyjnego, poza lokalizacją. Stare kurwy, najgorszego typu, wiekowe rogówki, wykłócają się wieczorami pod blokiem o rewiry i klientów, ale traktuję to po latach jako element lokalnego folkloru, wiadomo, kurwa kurwie łba nie urwie, a posłuchać w sumie można.

Stare kamienice generują na placu zabaw wysyp Alanów, Brajanów, Nikoli, Vanesek, nawet jedna Karmen się przewinęła, z włosami koloru typowy polski mysi blond, tak na marginesie. Zwykle puszczonych samopas, dosłownie.
O dzieciach mowa, nie o włosach.

Jako zła, zła matka lojalnie poinformowałam ostatnio, tak na oko, dziewięciolatkę, że jeszcze raz ją zobaczę samą na placu, bez matki, to wezwę policję. Jestem przewrażliwiona? Być może. Warto jednak dodać, dla jasności całej sytuacji, że wspomniana dziewczynka miała pod opieką czwórkę rodzeństwa. Brata pi razy oko, lat pięć, trzyletnie bliźniaczki i... dziecko w wieku Tymka, raczkujące samopas, płci bliżej nieokreślonej. Widziałam ich tylko raz, pewnie przekazała matce... i chodzą same gdzie indziej. 

No nie wiem, nie wiem, coś mi się z łbem dzieje, nie mieści mi się w nim wiele rzeczy, choć granica niemieszczenia się uległa już znacznemu i wielokrotnemu przesunięciu. No wystają mi, nie mogę ich dopchnąć kolanem, przemielić, strawić. 
Nie odzywam się jak zwykle, a przynajmniej staram, bo mi to szkodzi na wątrobę, ale ileż można uśmiechać się jak debil, gdy dookoła debil i debil i debilem pogania. 

Tak dla przykładu, kumulacja z dnia jednego. 

Wedruje sobie Tymon po placu, leci w krzaczory, bo ten obsadzony jaśminem i rododendronami, a to takie zabawne, chować się przed matką w zieleni. No więc biegnie, mija czerwony wózek, ustawiony tuż przy ostatniej ławeczce, a tu z kosza wyskakuje na Młodego wkurwiony ratlerek, szczekający, docierający i szczerzący kły. Naprawdę, nie mam nic przeciwko psom, ale pomijam tutaj te atakujące moje dziecko na placu zabaw, na który zwierząt wprowadzać nie wolno. 

Wędruje sobie Tymcio dalej, na placu dużo małyc dzieci, dwóch chłopców gra w piłkę. Popychają go, przesuwają, bo im przeszkadza. Zabieram, odsuwam, pilnuję, żeby nie podchodził, choć w sumie nie powinnam. Nie pomaga, Młody i tak dostaje centralnie w lampę piłką, przewraca się z bekiem, puszcza mi coś, dobrze, że nie zwieracze, pytam łosi, czy potrafią czytać i zapraszam do zapoznania się z regulaminem placu, gdzie jak byk stoi - zakaz gry w piłkę. 

Wedruje sobie Tymcio dalej, plac z dwóch stron otoczony murami kamienicy, w ścianie jedno jedyne okienko, pochodzi więc zaciekawiony, zerka. Nie krzyczy, nie płacze, patrzy sobie. Okno się roztwiera, ukazując jegomość w wieku mocno zaawansowanym, która z kolei roztwiera na nas paszcze - że jak to, ja wstydu nie mam, tak jej od oknem chodzić i przeszkadzać, bo tak, jej takie chodzenie przeszkadza, więc paszoł won i wynocha, precz i z dala od jej okienka. No rzekła panienka, więc się wycofaliśmy na z góry upatrzne pozycje.
 
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam 
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam
Wędruje Tymcio dalej. Ooooo, otwarta bramka!!! Leci, wywala się po drodze, bo to przecież nie lada atrakcja, można na ulicę uciec. Zamykam

I tak kilkadziesiąt razy przez trzy godziny. Rozumiem, że nie zamykają jej dzieci, zdarza się. Ale dorośli chowani w oborze bez drzwi, z dziurą snopkiem zastawianą doprowadzają mnie do szału. 
Zresztą nie tylko Ci. Babcia chowająca ciasteczka leżące na ławce, do których wyciąga łapkę Tymek i rzucajaca mi "Pani go weźmie" też mnie wkurza. Jak i matki mantrujące - "zostaw, nie rusz, nie dotykaj, to nie Twoje". Drażnią mnie podpisane zabawki, pochowane, zabierane. 

Jestem debilem. 
Idę na plac zabaw, wywalam wór zabawek, wszystkie dzieci się do nich zlatują, bo wiadomo, cudze lepsze i gdy wychodzimy, zbieram z całego placu to, co zostało. Pilnuję swoich dzieci. Częstuję chrupkami, owocami, paluszkami, każę tylko pytać rodziców, czy mogą. 
Tak, jestem debilem. 

Mam nadzieję, że w końcu mi to minie. 






poniedziałek, 5 września 2016

TEORIA

Blanka gada cały czas. Pyta, dyskutuje, zastanawia się na głos. Gdy się bawi, gada do siebie, do plastikowych figurek, sama sobie odpowiada. Nie milknie. 
Jakiś czas temu była u mnie przyjaciółka. Zapakowałam Tymka do wózka, przypięłam szelkami i poszłam do toalety. Młoda zakładała sandały siedząc w przedpokoju pod drzwiami wyjściowymi, gdy przez drzwi usłyszałam, jak molestuje moją przyjaciółkę:

"Ciociu, a Ty jesteś za teorią ewolucyjną, no, że człowiek pochodzi od małpy, czy za tym, że stworzył nas Bóg?"

Dziecko lat 5. 

sobota, 3 września 2016

AMBIWALENCJA

Czemu nikt mnie nie ostrzegł? Czemu nikt nie powiedział z troską:  "Uwaga, proszę trzymać się uchwytów i poręczy, bo może szarpać na zakrętach ".

Tego się nie da opowiedzieć. Ani nawet wyobrazić.  
Tego jak jest. Krzyczą.  Wrzeszcza z byle powodu lub nawet bez.  Placzą i nie wiedzą, dlaczego. Kopią i gryzą, bo tak.  I mówią "Nie lubię Cię ", "Jesteś głupia!" i patrzą z nienawiścią,  której jeszcze nie potrafią nazwać, ale mają ja w oczach. Obrażają się, bo woda jest w zielonym kubku, a nie w niebieskim.

Tego się nie da opisać. Nie w całości. Tylko w ratach, we fragmentach, bo "mamooooo,  pić,  siku,  mamo on ma kupę i śmierdzi,  wez go, mamooo wooody ". Wszystkie te awantury, płacze, całe szykowanie, pranie, przebieranie, przewijanie, ledwie usiadłaś i już musisz, wstawać, bo "mamooooo...".

Rzygają, srają, smarczą, kaszlą, płaczą, budzą się w środku nocy i ryczą. Przyłażą nad ranem do łóżka, zabierają Ci kołdrę, poduszkę i sen.

Wszystko tracisz: figurę, płaski brzuch, pieniądze, pracę, kino, wyjścia ze znajomymi, czas wolny, porządek w domu i święty spokój. Tylko na wadze zyskujesz, więc przestajesz się ważyć, bo zaczyna Ci wyświetlać komunikat: "pojedynczo proszę".
Odbierają Ci wszystko, możliwość picia alkoholu, twój sok, ostatni kawałek ciasta, śliwkę, która właśnie wzielaś do ręki, oddajesz, bierzesz drugą i wtedy natychmiast ta, która mają, staje się niedobra, trzeba ją wyrzucić, cisnąć na świeżo umytą podłogę i już, już chcą to, która ty masz.

Nie chcą spać, nie chcą wstać, nie chcą wyjść, nie chcą wracać, nie chcą się ubrać, nie chcą się rozebrać, nie chcą jeść tego, co ugotowałaś. Nie chcą sprzątać, ani słuchać tego, co masz im do powiedzenia.Chcą lody, lalkę, watę cukrową, szejka, na karuzelę, na plac zabaw, na rower.
I ryczą, ciągle ryczą, choć dostały wszystko, czego chciały, tylko na przejażdzkę zabrakło już czasu.

"Ale na roooooweeeeerrrrr!!!! Roooooweeer!!! Chcęęęęęę naaaaa rooooweer!"

Beczą, wyją, bo zmęczone, głodne, bo chcą spać, ale nie mogą zasnąć, drą się tak, że zaczynasz się zastanawiać, czy kocyk, w który zawinęłaś, jest wystarczająco śliski i myślisz, że nie wytrzymasz, nie zniesiesz już ani sekundy dłużej tego ryku, rzucisz, po prostu ciśniesz o podłogę, żeby tylko ucichło.

A jednocześnie myślisz, że umarłabyś, po prostu byś umarła, gdyby im się coś stało.

Więc wychodzisz, uciekasz, idziesz z psem na spacer, na papierosa, robisz rundę dookoła domu, patrzysz w jasny prostokąt okna. Są. Stoją. Czekają. Z nosami przyklejonymi do szyby. Znowu trzeba będzie myć, bo narobią śladów. I machają.
Wracasz.

Przekręcasz klucz w zamku i już słyszysz, jak lecą i cieszą się jak dwa głupki, myślisz, żeby się tylko nie przewróciły, żeby się tylko nie przewróciły, a one krzyczą:

"Mama!!!, mama!!!"
Nie widziały Cię może dziesięć minut.